Pani Ania zakupiła w sklepie spożywczym serek typu Brie. Uszczęśliwiona zjadła zaraz dwie kanapki chlebka, każdą ze sporym kawałkiem serka. Serek wyglądał przyjemnie tylko miał wyrazisty zapach, ale może to cecha serów francuskich. Pani Ania postanowiła znaleźć etykietę z datą ważności, za chwilę o mało nie zemdlała z wrażenia. Data wskazywała na lipiec 2015, w dniu rozpakowania specjału był 10 luty 2016. To niemożliwe, pomyślała pani Ania. Wyrzucę resztę sera. Nie - zatrzymam opakowanie. Myśli pani Ani biegły teraz szybko, prawie potykały się jedna o drugą. Co teraz będzie, na pewno zatrucie pokarmowe, ciekawe, czy duże. Pani Ania otworzyła komputer, znalazła bardzo groźną bakterię, która mogła mieszkać w produkcie. Blada z przerażenia i wrażenia jeszcze raz obejrzała serek. Nadal wyglądał apetycznie, nie była to żadna ohydna maź tylko przyjemny w wyglądzie produkt. Pani Ania raz jeszcze dokładnie obejrzała pudełko. Odlepiła z niemałym trudem kod z ceną produktu. I odetchnęła głęboko, tam pod kodem ukrywała się data ważności i to był 16 marzec, więc serek był jak najbardziej w terminie ważności. Tylko co to za data 07.15. Zapytam w sklepie - postanowiła i włożyła pudełko z serkiem do lodówki.
Na zakończenie - pani Ania to oczywiście ja, więc sytuacja nie zmyślona ale prawdziwa. Sprawdzać daty przydatności do spożycia trzeba, ale czasem może zdarzyć się i taka sytuacja jak zaklejona etykietą z ceną data przydatności. Niestety nie poszłam już z pudełkiem do sklepiku, zabrakło mi czasu...