środa, 24 lipca 2019

Ze wspomnień dzieciństwa - żniwa



Wróciłam myślami do czasów odległych.  Był początek lat sześćdziesiątych. Dzień na wsi rozpoczynał się wczesnym świtem. Pierwszy wstawał tato, każdego dnia oglądał wschodzące słońce, wiele jego  przebijających  przez sklepienie niebieskie promieni. Ubierał się pośpiesznie, w miednicy mył jeszcze snem odurzoną twarz. Następnie ruszał w kierunku obory, oczyszczał stanowiska krów z łajna i siadał do porannego udoju. Mleko spływało do metalowego wiaderka, lekko rozpryskując się na jego brzegach. Stój spokojnie, Pyza,  uspokajał krowę, która ogonem próbowała przegonić muchy. Ogon był dosyć ciężki, nie byłoby przyjemnie, gdyby znalazł się na twarzy. Po porannym udoju trzeba było mleko przecedzić, wlać w dwie bańki i wystawić na ławce przy drodze, skąd zabierał je do mleczarni kolejkowy sąsiad. Kolejną pracą gospodarza było wyprowadzenie powiązanych krów na ogrodzone  pastwisko nad jeziorem, gdzie spędzały cały dzień.  W tym czasie budziła się również mama. Za chwilę rozlegało  się w zagrodzie wesołe nawoływanie kaczek i pisk kurczaków które spieszyły w kierunku poidełek i korytek z karmą. W chlewiku  chrumkały, również karmione przez mamę świnki. W stajni słychać było rżenie konika, który także domagał się od gospodarzy porcji porannego owsa. Po powrocie taty z pastwiska mama budziła dzieci i przygotowywała śniadanie, ulubiony talerz zacierek z mlekiem dla męża i dodatkowo kanapki z marmoladą dla dzieci, które, nie wiadomo dlaczego, nie lubiły zacierek. Mama też zresztą nie przepadała za daniami mlecznymi, może poza ugotowaną na gęsto, posypaną cukrem  kaszą manną. W okresie żniw cała rodzina chwilę po śniadaniu  jechać miała wozem drabiniastym na dosyć odległe pole. Dlatego tato jeszcze przed  śniadaniem brał w dłonie osełkę  i wychodził na podwórze ostrzyć kosę. Miarowe ruchy dłoni w jedną stronę, sprawdzanie ostrza, potem pieczołowite układanie narzędzia w wozie, tak, żeby nikt się nie skaleczył. Mama pospiesznie ubierała najmłodsze pociechy, zakładała kolorowy fartuch i chustkę, która miała chronić przed słonecznymi promieniami, dzieciom nakładała, zakupione na targu w pobliskim miasteczku kapelusze słomiane, pięknie kolorowo wyplecione i rodzina ruszała na pole. Konik ciągnął wóz dosyć raźno. Po wjechaniu na nieduży pagórek, można było podziwiać piękny krajobraz z jeziorem, wyspą  i rozciągającym  się dalej pasmem wzgórz.  Na polu czasem była jeszcze rosa, ale to nikomu nie szkodziło, to był czas na oczyszczenie zboża, lub rosnących nieopodal ziemniaków z chwastów. Uprawy musiały wyglądać ładnie, nie byle jak. Dzieci uczyły się więc wyrywać  chwasty. Najprzyjemniej usuwało się z ziemniaków "faćkę" (komosę lub lebiodkę), dosyć mocno trzymał się podłoża skrzyp polny a prawdziwym utrapieniem zbożowych upraw były osty. Kiedy słońce spiło rosę z trawy i upraw tato żegnając się szerokim krzyżem odkładał pierwszy pokos.  Mama blisko za nim wiązała snopy, które zbierali potem starszy braciszek z siostrą, młodsze rodzeństwo  szło zbierać  jeżyny, lub gruszki z polnego drzewka owocowego, bawiło  się w głębokim parowie, gdzie było sporo kamieni i piasku i czekało na prawdziwy posiłek w polu, na który składało się często bezalkoholowe piwo własnego wyrobu ( na zbożowym podpiwku, rodzaj miejscowego kwasu chlebowego i kanapki na słodko lub z pasztetową, jajka gotowane na twardo a także ciasto drożdżowe  i jabłka papierówki, czasem w charakterze kompotu domowego, nie pamiętam, żeby w tamtym czasie hodowano pomidory, ale zapewne były rzodkiewki, ogórki a nawet kalarepka). Po wykoszeniu pierwszych pokosów, na pole mogła już wjechać kosiarka, taka jak do trawy. Wiązanie snopów kusiło również młodsze dzieci, za aprobatą i zachętą mamy próbowały swoich sił w wiązaniu niedużych snopków. Ale to się nie da ułożyć, ocenił tato i następnego dnia nie zabrał już maluchów na pole, zostały w domu  pod opieka najstarszej siostry. Starsze dzieci natomiast wyjeżdżały na żniwa  przez cały okres zbiorów. Kosiarka ułatwiała pracę, ale trzeba było snopy powiązać i poustawiać zgrabne kopki, między którymi dzieci mogły bawić się w chowanego.  Żniwa trwały więc od połowy lipca do połowy sierpnia. Ze zbóż w tamtym okresie najbardziej pamiętam żyto, jęczmień a także owies, ponieważ konie mieli wówczas wszyscy gospodarze. Po wyschnięciu zboże zbierało się na wóz drabiniasty i przewoziło do stodoły lub ustawiało w stogach na polu. Podjeżdżały tam później nieduże młocarnie, głośno terkotały ich spalinowe silniki, pasami połączone z młocarnią. Najważniejszym i najlepiej opłacanym pracownikiem musiał być w opinii dzieci operator, ten który wkładał snopy w głodną gardziel maszyny, przy nieostrożnym ruchu mógł tam wpaść. Na szczęście nigdy się to nie zdarzyło. Wymłócone ziarno spływało małymi strumyczkami do przymocowanych do maszyny worków. Z drugiej strony wylatywała słoma i  plewy, tamowały oddech , niezbyt przyjemnie się je odgarniało. Dzieci mogły pomagać ugniatać słomę. Tam było dosyć bezpiecznie. Złote ziarno,kłująca słoma i duszące plewy,  których odgarnianie nazywało się „pracą przy piekle” – to były pierwsze wrażenia związane ze żniwami. W latach siedemdziesiątych na polach pracowały już snopowiązałki, własne gospodarzy lub wynajęte z  miejscowego Kółka Rolniczego. i wszyscy starali się w porę nabyć sznur do wiązania snopów. Na polach rosło więcej pszenicy, pojawiło się także pszenżyto. Zboże tak samo trzeba było zebrać, zwieźć wozem drabiniastym, najczęściej już wówczas ciągnikiem i wymłócić.  Do tego dochodziły gorące dni lata, kiedy kusiło pobliskie jezioro. Tam kąpać się dzieci chodziły same lub z dorosłymi  wieczorem, a dorastająca młodzież biegła także w południe, w czasie przerwy obiadowej ochłodzić się wodą. Należało  tylko wrócić w ciągu dwóch godzin, żeby nie narazić się na zdenerwowanie rodziców, gwarantowane przy niepewnej pogodzie.-  Chmury burzowe się zbliżają, trzeba szybko jechać po zboże,  a starsze nad wodą.-  Gniew taty, który, zmęczony  nie tęsknił za kąpielą a raczej układał się w południe w cieniu starych jabłoni  i ciemna nadbiegająca nie wiadomo skąd chmura deszczowa, pospieszne nakładanie snopów na wóz, prędki powrót do domu, potem błyskawice, szybka letnia burza i oczekiwanie przez kilka dni, aż snopy wyschną. Prawdziwym dniem wypoczynku była wówczas niedziela, z porannym wyjściem do kościoła na Mszę świętą. Na polnej drodze pojawiały się wtedy bryczki, furmanki, rowery, odświętne garnitury, kolorowe sukienki. Tylko czasami w czasie długotrwałej niepogody miejscowy ksiądz proboszcz ogłaszał dyspensę i niektórzy gospodarze wyjeżdżali po zbiory. Po południu odbywały się spotkania rodzinne, plażowanie nad wodą lub wypoczynek w cieniu domowych sadów. W dzieciństwie chodziliśmy też kąpać się w pobliskim strumyku, gdzie woda była czysta, niezbyt głęboka. Wynosiliśmy tam wannę, ale przechylała się na wodzie i trzeba było umieć nią sterować , żeby przepłynąć kilka lub kilkanaście metrów, strumyk był gęsto obrośnięty krzewami i roślinami, pokrzywami, czarnym bzem. Idąc z nurtem dochodziło się do mostu. Przepływały pod nim radośnie stadka kaczek, czasem próbowały przejść dzieciaki, mimo, ze wody tam było jakby nieco więcej. 

W latach dziewięćdziesiątych już nie było snopowiązałek, na pole wjeżdżał ogromny kombajn zbożowy, który prowadził też przyczepy na które spływało ziarno. Nie było już rodzinnych wyjazdów do żniw. Operator kombajnu w ciągu jednego lub kilku dni -  w zależności od wielkości areału  zasiewów zbierał ziarno, które później wjeżdżało do silosu zbożowego, lub było składowane w spichlerzach. Oprócz zboża widać było całe areały ziemi na których rosła kukurydza lub tytoń. W domach rolników było więcej czasu na przygotowywanie przetworów owocowych, sałatek i surówek a także młodsi spędzali  upalne dni na wspólnym z sąsiadami plażowaniu. Wieczorem wszyscy oglądali  telewizję, lub słuchali  muzyki. Powszechny dostęp do Internetu  datuje się już na rok 2000. Następowała też począwszy od lat dziewięćdziesiątych szybka prywatyzacja Kółek Rolniczych i Gminnych baz maszynowych, co wiązało się z możliwością zakupu ziemi przez rolników. Powstało w tym czasie sporo dobrze zmechanizowanych dużych gospodarstw rolnych, natomiast małe i średnie zaczęły być nieopłacalne.






Z nutą nostalgii


Dzieciństwo minęło -  nie wróci już,
obsypał włosy czasu siwy kurz,
osiadł na twarzy pozbawił marzeń
 Wytężam  wzrok - już nie sokoli,
czasami serce mocniej zaboli.
Częściej oglądam stare fotografie
schowane w komódce i szafie.

Rodzice jacy młodzi jeszcze
- wspomnienie o was 
w myślach pieszczę.
Z tatą saniami odwiedziny
w środku zimy u rodziny.
Ukochana ciocia Lucynka,
zawsze była z niej drobinka
ale serce miała szczodre,
oczy jak niezabudki  modre.
Z mamą rowerem do brata,
imieninowa to eskapada.
Chrzestny niezaradny wujek
gdy  odwiedziny celebruje
kieszeń jak zwykle z miętówkami.
No czyż nie smaczne moje skrzaty?

Księga wspomnień jest pojemna,
wracają wszystkie do serca.
Na chwile przymykam oczy,
jak ten czas się z nami droczy,
rozdziewa z bliźnich coraz szybciej.

Już nie powrócą tamte chwile.
W zamian babcia w czasu oprawie
w okularach  śni  sen jak jawę.

Helena ML