czwartek, 26 grudnia 2013

Kolędy i pastorałki (C-G) z sebastek888



Świąteczne akcenty koniecznie musiałam umieścić w blogu. Kolędy są z nami, radują i pocieszają w chwilach trudnych. Są najpiękniejszym promykiem nadziei, która prowadzi prosto do nieba.

Szpital

Nie jestem przesądna, ale 13 grudnia zabrano do szpitala mamę. Coś w tym jest, trzynastka okazała się dla mamy pechowa. Zabrana została do szpitala w Toruniu na Bielanach na oddział intensywnej terapii, z małą nadzieją na powrót do zdrowia. To bardzo rozległy udar - poinformował doktor. Kiedy odwiedziliśmy mamę w szpitalu spała, może nas słyszała, ale niekoniecznie skojarzyła, że to jej dzieci. Po 9 dniach przeniesiona została z intensywnej terapii do szpitala w małym miasteczku, też dosyć odległym od naszego miejsca zamieszkania. Na szczęście w pobliżu licznej  reszty rodziny. Chciałam jechać tam zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, ale mąż się nie zgadza, ma teraz urodziny i imieniny, więc pojadę dopiero po Nowym Roku, być może  mama będzie już w rodzinnym domu. Nic mnie teraz nie cieszy, chodzę osowiała z kąta w kąt, z obowiązku piszę życzenia świąteczne, we śnie dźwigam nieprzytomną mamę, proszę o zdrowie w modlitwie. Jeżeli mama po świętach wraca do domu to oznacza tylko jedno - poprawę stanu zdrowia, to dobrze, teraz przy odpowiedniej opiece i rehabilitacji będzie wracała do zdrowia. Z niecierpliwością myślę o naszym spotkaniu w Roku 2014. Oby było dobrze, jak najlepiej.

czwartek, 5 grudnia 2013

Nie rozumiem

Nie rozumiem na czym polega efekt cieplarniany. Ogrzewanie daje ciepło, czy to będzie węgiel, czy drzewo czy ogrzewanie słoneczne. Każde daje ciepło które ogrzewa skrawek atmosfery pomnożony przez wielkie x. Dwutlenek węgla to nie tylko węgiel, duże hodowle i dużo ludzi...jak oddychają bagna? jak butwieją pokłady liści i gniją powalone drzewa w prastarej puszczy...rozkłada się nawóz...życie oddycha, żyjemy, jest nas coraz więcej, niepokoimy się o swój możliwie długi byt na planecie Ziemia, o nasze dzieci, wnuki, prawnuki aż do tysięcznych pokoleń... Chcielibyśmy długo i szczęśliwie mieszkać na naszej planecie. Mniejsze kataklizmy, które zdarzają się dookoła zostały przez nas zaakceptowane, jako zło konieczne -  tak jak śmierć jednostki, której przecież nie uda się uniknąć, wszyscy kiedyś znajdziemy się w zaświatach, nikt nie wie jak tam jest, większość się boi, ale zgadza z nieuchronnością. Odwieczny Bóg to zaplanował, jesteśmy mali, choć stworzyliśmy tyle praktycznych a czasem niepojętych wielkich rzeczy. Czy istnieje życie i Niebo dla tych którzy odeszli czy tylko ich ostatni oddech, ich energie myślowe zostają komuś ofiarowane, a potomkowie niosą dalej życie w niezmiennej jego  formie. Co im przyniesie efekt cieplarniany, a my czy zdołamy przeciwstawić się zamiarom Boga, jeżeli On to zaplanował...
Efekt cieplarniany - co go powoduje, czy przebiegunowanie Ziemi, to niewielkie odchylenie, które spowodowało, że więcej promieni słonecznych sięga do lodowców Arktyki, czy wyżarzanie które dokonuje się na słońcu, czy powolne zwiększanie masy Ziemi, czy wszystkie te przyczyny razem...czy nasi inżynierowie znajdą sposób na przeciwstawienie mu się. Cokolwiek by to nie było wiele jeszcze pokoleń ludzi i ich braci zwierząt cieszyć się będzie słonecznym latem, bogatą w dary jesienią, trudną zimą....Na prastarej Ziemi mniej było planowej gospodarki człowieka, większość zdarzeń dokonywała się w odwiecznym rytmie pór roku -  wiosny, kiedy wszystko rozkwita, dojrzewa w lecie, rodzi w jesieni i zamiera w zimie. W Europie czy Ameryce pożary zabierały ogromne połacie starego lasu, ale na jego miejscu w sprzyjających warunkach natychmiast wyrastały młodniki, bogate w jeżyny, poziomki, maliny i grzyby, stary las miał zdecydowanie mniej darów do ofiarowania. Delikatne listki, jasne przecudne polany, radość wzrostu, młody las to życie w pełnym radości rytmie. Stary las to odwieczny mrok i obszary lęku, mateczniki grubego zwierza i butwiejące liście. Potrzebny zarówno stary las jak młody i jasne prześwietlone światłem polany i ogromny ocean i morze, rzeka a nawet obszary bagien, chociaż powietrze tam ciężkie. Nie wiem czy konieczna pustynia i ogromny lodowiec... chyba też potrzebne, bo tak stworzono ziemię, że krąży i są obszary, gdzie światła słonecznego za dużo, albo za mało....

wtorek, 22 października 2013

Opowiadania


Ryba

Nie przepadam za rybami, ale czasem mam ochotę na zakup czegoś konkretnego i uznanego za konieczne uzupełnienie posiłku. Zakupiłam więc  rybę, okazałego dorsza, szczęśliwa wróciłam  do domu. Rozpakowałam  dorsza, obejrzałam z każdej strony, zapach miał dosyć intensywnie rybny, ale lśniące łuski przekonały mnie, że do spożycia się nadaje. W momencie kiedy rozpoczęłam filetowanie rybki wszedł mąż. Coś ty kupiła- zakrzyczał, śmierdzi w całym domu, wyrzuć to natychmiast.-  To ryba, dorsz, wiem, że lubisz, chciałam ci zrobić niespodziankę-  Nie będę jadł żadnej ryby, dlaczego dorsz, z morza, nie kupuje się ryby z morza.-  Chwycił dorsza i włożył do zamrażarki. – Masz babo placek, myślę, trzeba było kupić ciasto. Trudno. -  Odczekałam 5 minut i wyjęłam rybkę z zamrażarki. Obrażony mąż krzyczał jeszcze, że chcę nas wszystkich potruć, że w samochodach nie mają zamrażarek… A ja rozmyślałam, rybka o piątej rano  wyjechała  od rybaków, teraz czternasta, jesień, dzień dosyć chłodny. Wyjęłam dorsza z zamrażarki, żadnego zapachu już nie poczułam, umyłam skropiłam cytryną, oprószyłam mąką i wrzuciłam na patelnię. Obsmażyłam konkretnie z każdej strony, wyjęłam chleb i zjadłam jeden kawałek, smaczny był. Ale mężowskie gadanie zrobiło swoje, kiedy rozpoczynałam drugi kawałek, zaczął wydawać mi się nieco słodkawy, czy dorsz może być słodki, może faktycznie nieświeży. Trudno zjadłam drugi kawałek i resztki wyrzuciłam kotom. Nigdy nie przepadałam za rybami. Męża nie próbowałam częstować.

Ekstremalna zjeżdżalnia

Wybraliśmy się na urlop do znanej miejscowości turystycznej. Tam poszliśmy na termy, to teraz takie modne kąpiele lecznicze. Zachwyciły nas tam baseny z ciepłą wodą i bąbelkami były też baseny z falą, kryte i pod gołym niebem, oświetlone z możliwością oglądania filmów i programów telewizyjnych. Fale nie miały barierek, i trudno było stamtąd wyjść, komuś, kto nie umie pływać. Młodzież korzystała ze zjeżdżalni, również tych ekstremalnych, czyli dosyć niebezpiecznych dla laika. Wybraliśmy się i my na zjeżdżalnię, ta z której zjeżdżało się na kołach wydawała nam się niebezpieczna, poszliśmy więc wyżej w kierunku ekstremalnej, kiedy przekroczyliśmy poziom trzeciego piętra wystraszyłam się -  nie jadę -  mówię do męża-  wracam-  i szybko, żeby nie zdążył mnie zatrzymać zbiegłam po schodach na dół. Z ciekawością obejrzałam wylot każdej ze zjeżdżalni, koła wypływały łagodnie, czerwona zjeżdżalnia wyrzucała amatorów kąpieli leciutko. Zielona za to z wielkim hałasem i wodospadem fali. Tutaj zaczekam, pomyślałam, nie wiedziałam z której zjeżdżalni ( w ciemnej rurze ) skorzysta mąż. Zanurzyłam nogi w brodziku. Wtedy podszedł do mnie ratownik,-  niech pani stąd odejdzie -  powiedział -  tutaj są tylko zjeżdżający, nie wolno moczyć nóg, niech pani sobie wyobrazi, że zjeżdżający wpada na panią, może złamać nogę  -  Niemożliwe, żeby tutaj go wyrzuciło - , pomyślałam. Ratownik odszedł, stanęłam przy brodziku, czerwona rura wyrzucała śmiałków bezpiecznie, z ekstremalnej zielonej wychodzili nieco przerażeni, ale wychodzili na własnych nogach. Nagle zobaczyłam męża, wyrzuciła go zielona rura, leżał na dnie brodziku, nie ruszał ręką ani nogą -  To niemożliwe, żeby się utopił,-  pomyślałam -  ile czasu tam się zjeżdża, dwie minuty?, może?  - skoczyłam do brodziku, chwyciłam go za ramiona, a może raczej za głowę, żeby wydobyć ją  jak najszybciej spod wody -  pomóżcie chłop mi się utopi.-  wykrzyczałam do radosnych turystów spod zjeżdżalni-  gdzie ratownik-  nie dawałam rady postawić męża na nogi. Na szczęście  ratownik był blisko i podszedł do nas. Udało mu się postawić męża na nogi i wyciągnąć na brzeg gdzie szybko odzyskał przytomność. Przygoda z ekstremalną zjeżdżalnią na długo pozostanie w naszej pamięci.

 

poniedziałek, 30 września 2013

Jasna Góra

Był rok 1956, moja mama pojechała do Krakowa na przyjęcie z okazji I Komunii córeczki swojego brata. Miała już wracać, wtedy bratowa powiedziała, wiesz Stefciu w Częstochowie wielka uroczystość, może tam wstąpisz. A to po drodze? zapytała mama. Wyjaśnili więc dokładnie jakim pociągiem dojedzie, pomogli wejść do pociągu, trochę sie obawiając o zdrowie mamy, bo była w widocznej już ciąży.Ale Matka Boża z Jasnej Góry mogła tylko dopomóc. Wysiadła więc mama w Częstochowie i udała się do Czarnej Madonny. Zdziwiła się - tylu ludzi tam zmierza, pomyślała, alejka była zatłoczona. Na dziedzińcu przed Bazyliką ludzi był już tłum, każdy chciał zobaczyć obraz, chciał uzyskać błogosławieństwo przez kontakt wzrokowy z Matką wszystkich ludzi. Mamie udało się wejść do środka. Przy niej stała rolniczka z okolic Jabłonowa Pomorskiego którą  poznała w drodze na Jasną Górę. Ludzie napierali, było duszno, w pewnej chwili mama straciła kontakt z rzeczywistością, zemdlała. Kobieta z którą szła wystraszyła się, że będzie się musiała mamą opiekować i wycofała się w tłum, a tłum ją wchłonął. Kiedy mama się ocknęła usłyszała jak ktoś mówi, biedna, by ją zadeptali. Kogo by zadeptali, zapytała wystraszona, gdzie ta pani co ze mną szła? Ale ludzie nie wiedzieli, zapytali, czy da sobie radę.-  Dam radę, dam - mama wpatrywała się w obraz. - Gdzie tamta pani, kogo zadeptali,-  kołatało się w jej zmęczonej głowie, miała teraz więcej miejsca, bo ludzie widząc ciężarną ustawili ją w bezpiecznym miejscu, a ona nie mogła się uspokoić, nie mogła skupić się na modlitwie. Później wyszła na powietrze, podziwiała otoczenie Jasnej Góry i szukała przygodnie spotkanej kobiety. Do głowy jej nie przyszło, że to ona potrzebowała pomocy. Następnym pociągiem dojechała do Torunia a stamtąd wróciła już do domu. Na szczęście na stacji czekała rodzina, mogła bezpiecznie wrócić do domu. Wyjazd był daleki i bardzo stresujący, pierwszy też raz mama znalazła się w ogromnym tłumie ludzi. Stan błogosławiony, zmęczenie i stres nałożyły się na silny stan lękowy. Na szczęście dziecko urodziło się zdrowe.

sobota, 28 września 2013

Dziki

Od dziesięciu lat po osiedlu w którym mieszkam jesienią wędrują dziki. Niegdyś podchodziły pod śmietniki, odkąd jednak śmietniki obudowano ryją pod drzewami, najchętniej w bujnej  w trawie. Szukają tam pożywienia.   Wiadomo, że ich naturalne żerowiska się wyraźnie z każdym rokiem zmniejszają, bo powstają nowe osiedla. Ostatnio odbiera im się teren po byłym poligonie. Powstaje tam centrum technologiczne, a to od końca lat dziewięćdziesiątych  było ulubione miejsce dzików i grzybiarzy. Na moim osiedlu zwierzęta te bardzo polubiły trawnik przy szkole i przedszkolu. W tym roku przekopały go dokładnie. Ale zawiadomiono już odpowiednie służby i teraz wieczorami w miejscach skąd wychodzą z głebokiego leśnego jaru słychać strzały z broni palnej. Albo są odławiane, albo odstraszane tylko. W niektórych miejscach ustawia się na nie klatki z pułapką. Ludzie jak ludzie, niektórzy dziki dokarmiają i mówią, że niegroźne, że jak z gołębiami da się z nimi mieszkać, ale większość boi się wieczorem przechodzić przez ich ulubioną łączkę przy szkole. A dzieci mają i wieczorem zajęcia pozalekcyjne, powiedzmy do dwudziestej... Do przedszkola natomiast matki prowadzą dzieciaki już na szóstą rano. Znajomi opowiadają, wczoraj widziałem watachę złożoną z dziesięciu  dzików, a ja sześć widziałam. Mogą być niebezpieczne, jak się je podrażni, nie boja się ani ludzi ani samochodów...Dziku, dziku wracaj w knieje, każdy ci to powie, człowiek ciebie nie udomowi. Taki to problem dzikowy powtarza się każdej jesieni. Podobno odłowione wywozi się do puszczy, ano niech tam żyją pod prastarymi dębami, a nasze osiedle jak najrzadziej odwiedzają.

niedziela, 22 września 2013

Wiersze


Stygmaty
Nieustanne zmaganie się
z bólem, dni a czasem lata
takie same, ubogie w wydarzenia.
Z ciałem coraz lżejszym,
bardziej ulotnym,
nieobecny spojrzeniem

cierpi człowiek.
To odwieczny Chrystus
pokazuje bolesne rany
stóp i dłoni i nie ma
lekarza który wyleczy,
uśmierzy ból na dłużej.
Kolejny dzień spotkania
z cierpiącym człowiekiem
to stygmaty które nosisz odtąd
w sercu.
cierpi człowiek.
To odwieczny Chrystus
pokazuje bolesne rany
stóp i dłoni i nie ma
lekarza który wyleczy,
uśmierzy ból na dłużej.
Kolejny dzień spotkania
z cierpiącym człowiekiem
to stygmaty które nosisz odtąd
w sercu.

                                HL
Umieranie

Stary człowiek
niknie za zasłoną bólu,
wypłakuje morze łez,
jest bezradny i pełen lęku.
Anioły opiekuńcze
czuwają przy kołyskach
ochoczo biegają do szkoły.
Dużo  ich tam gdzie życie
toczy się w całej pełni,
gdzie rozkwitają myśli
i spełniają się marzenia.
Stary człowiek ma tylko
jedno pragnienie
- Boże zabierz ból
i  troskę jedną
-czy wystarczy na kolejne
niepewne lekarstwa.
Modli się dużo,
ale nawet modlitwa
nie zsyła  nadziei.
Dlatego o starość
bez bólu proszę
nieustannie,
żeby oczy do końca
zachowały blask
a dusza marzenia.
                              HL
Wieczór z Eleni
 
Miły wieczór przy muzyce
- oczywiście Eleni
to długo się nie zmieni
Dobrze, że jest
You Tube
zaglądam tam często
muzyka uspokaja.
Zmęczony dzień
łagodnie wpływa
w sen...

                             HL
 

 

 

 

 

wtorek, 6 sierpnia 2013

W Pszczelim Raju...



 

W Pszczelim Raju…

          Był piękny wiosenny dzień, jak słodko pachniały rozkwitłe kwiaty wiśni. Wśród kwiatów uwijały się małe brązowo-złote  pszczoły. Alicja stanęła pod drzewem, brzęczenie było bardzo miłe, pszczółki miododajne pracowały bez wytchnienia wśród kwiatów. Od wielu lat usiłowały też zrobić sobie gniazdo w starej drewutni u sąsiada Rataja. Ale ten miły pan nie lubił owadów. Po ogrodzie biegała z piłką jego mała córeczka Amelka, mogła niechcący stanąć na pszczółkę,  ukąszenie broniącego się owada mogło być nawet bolesne. Teraz też Rataj wypatrzył, że pszczoły robią sobie gniazdo między dwiema odchylającymi się deskami pod dachem drewutni. Amelka  rzucała wysoko kolorową  piłkę, pszczółki brzęczały radośnie wśród kwiatów.
   Nadszedł wieczór, cała rodzina pszczela sadowiła się w dzikim ulu w drewutni, nie domyślając się niebezpieczeństwa. A ono było już bardzo blisko. Rataj przeciągał ogrodowy wąż do podlewania kwiatów w stronę miejsca, gdzie ulokowały się pszczoły. Za chwilę zimny strumień wody dosięgnął  ula. Chociaż był wieczór, zagrożone pszczółki zaczęły wylatywać z gniazda, niezdarnie obsiadły pobliskie drzewa. Dzieło zniszczenia było ogromne, mimo to następnego dnia ocalałe z pogromu owady, nadal radośnie brzęczały wśród kwiatów wiśni.
      - Mamo, pszczoła. Popatrz tutaj i tutaj ! - Amelka pokazywała palcem   kwiatki…
Rataj uśmiechał się chytrze, czekał na wieczór, a kiedy pszczółki na nowo usadowiły się w prowizorycznym ulu, przystawił do ściany drewutni wysoką drabinę i uzbrojony w zakupiony w miejscowym supermarkecie środek owadobójczy na osy, pszczoły i szerszenie, wspinał się po drabinie. Za chwilę rozpylił gęsty strumień gazu w widoczny otwór. Dzieło zniszczenia wydawało się być dokonane. Następnego dnia wśród kwiatów wiśni,  można było zobaczyć już nieliczne tylko pszczoły. Sąsiad Rataj znów wspinał się po drabinie, tym razem przed sobą na brzuchu zawiesił wiaderko z zaprawą murarską, którą dokładnie zakleił  wszystkie szpary. Ul został unicestwiony bezpowrotnie.
Amelka biegała z piłką. Z pobliskiego krzewu bzu  dobiegało  gwizdanie
zdziwionego kosa.
     - Zły człowiek zamieszkał, pszczoły wyginęły !
To samo  powtarzały sobie wróble, sójki, jaskółki, a nawet sroki i gołębie, które czasem odwiedzały ogród.
      - Nie będzie miodu - pisnęła mała myszka, która często odwiedzała spiżarnie i widziała w różnych domach słoje ze złocistym miodem.
     - Miodu nie będzie  - popiskiwała smutno.
W nocy Alicja śniła maleńką brązowozłotą pszczołę.
     - Gdzie jesteś pszczółko?
Śniła,  że jest duszkiem pszczelim,  siedzi  w samochodzie i jedzie na letnisko. Stoi tam wiele ślicznych kolorowych domków. Puste od jesieni do czerwca domki z cienkimi ścianami z różnych materiałów są  ocieplane drewnem lub płytą  pilśniowa, przez co zyskują podwójne ściany i mają mnóstwo cudownych zakamarków. Mają też niezbyt szczelne drzwi i okna, bo wiadomo, że tam  zjeżdżają się rodziny latem, a wtedy jest ciepło. Te domki, to ulubione miejsce zakładania gniazd przez różne owady. Alicja zobaczyła, że Zyzy  ciotka małej pszczółki  Bzy, tam była w domku nad jeziorem Mamry w krainie Wielkich Jezior Mazurskich. Miała śliczne gniazdo w starej szafce nad drzwiami. Rozpoczynał się miodowy sezon, pszczółki z ula wylatywały radośnie do sosnowego lasu, kołysały się na wrzosowych łodyżkach.
Świeciło słońce, czasem padał drobny deszcz, wtedy nie wychodziły z szafki nad drzwiami. Ul był wypełniony miodem, woskiem i krzątaniną pszczelej rodziny… Nikt nie spodziewał się najazdu, Zyzy  również,   tak tam było cicho i prześlicznie. Czuła się bardzo bezpiecznie. Tymczasem coraz bliżej był samochód z pieskiem i rodzinką Lutniaków. Wkrótce auto wypełnione gwarną  zgrają stanęło na letnisku. Weszli do domu i przede wszystkim obejrzeli zakątki.
        - No i mamy gości – skontaktował pan Lutniak.
        - Ano mamy -  stwierdziła pani Lutniakowa.
         - Dzieci idźcie się bawić ! -  zawołali i zgodnie  poszli do samochodu, gdzie między rzeczami umieścili przezornie różne spraye na owady, nie pierwszy raz mieli takich gości. Porządnie wypryskali cały domek, a sami pojechali do pobliskiego miasteczka na hot-dogi. Pogoda była prześliczna, w ulubionej przez wszystkich kawiarni miasteczka zebrało się letniskowe towarzystwo, byli tam nawet ich znajomi, dzieci więc mogły sobie odnowić ubiegłoroczną przyjaźń. Huśtały się wesoło na placu zabaw, galopowały na
konikach, wspinały się po ściance, niczym mali taternicy. Trzy godziny minęły szybciutko. Wracali w radosnych humorach. Po powrocie pani Lutniakowa pootwierała wszystkie drzwi okna, a rodzina zgodnie wymiatała martwe pszczoły, składając je na przygotowanych na ognisko drwach. Potem wszyscy śpiewali wesoło i piekli kiełbaski osadzone na patyczkach. Po pszczółkach nie pozostało już ani śladu. Nikt nie widział, jak do Pszczelego Raju  ulatywały ich malutkie duszyczki.
         Podobnie było nad naszym błękitnym Morzem Bałtyckim, otwierającym od północy żeglowanie statków do innych krajów, a nawet na cały świat. Tam małe pszczółki odurzone sprayami na owady wyleciały z domków na plaże… piasek był mokry, posiadały na piasku i już nie miały sił się podnieść. Leżały jak martwe na plaży, były głodne, nie miały gdzie wrócić, ich ule zostały doszczętnie zniszczone przez letników i było już za późno na założenie nowych. Alicja była pszczelim duszkiem, widziała te miejsca oraz wiele innych i płakała. Bo biedne pszczoły nie tylko nie mogły zrobić sobie domku, ale zagrożeniem były dla nich opylane środkami owadobójczymi pola, lasy i łąki. Jakby zabrakło im opieki Boga. I nagle zobaczyła, że nie tylko ludzie byli dla pszczółek zagrożeniem, wyłapywały je też niektóre ptaki, a położoną na uboczu prawdziwą  pasiekę  zaatakowały szerszenie. Jak  bardzo broniły się wtedy pszczoły ! Ale szerszeni było dużo i pasieka została okrutnie pobita. 
          Potem Alicja wzniosła się na prawdziwych skrzydłach do Pszczelego Raju i zobaczyła tam  prawdziwego Ducha Pszczół. Świeciło słońce, rosły stare drzewa ze wspaniałymi dziuplami, stały również ule jakby sporządzone przez ludzi. Niektóre były bardzo pięknie ozdobione, ich zwieńczeniem były korony kwiatów, takich jak ; tulipany, róże, słoneczniki, kwiaty wiśni, chabru, akacji, czeremchy oraz wielu innych pachnących roślin. Natomiast pozostałe wyglądały jak domy, też były bardzo funkcjonalne, a jeden z uli był w kształcie wiatraka, inny znów w kształcie starej dzwonnicy kościelnej. A także można było zauważyć ul wyrzeźbiony w postaci krasnalka ogrodowego - a w każdym była cała pszczela rodzina, Królowa Matka, robotnice i trutnie, które siedziały sobie w ulu i czekały, aż robotnice przyniosą im jadło. Były naprawdę bardzo leniwe, ale to dzięki nim Królowa Matka mogła znosić wielkie ilości jajeczek, z których wykluwały się potem małe pszczółki. Królowa mogła złożyć nawet około 
trzech tysięcy jajeczek dziennie, z których po trzech dniach  powstawały larwy. Żywiły się one mleczkiem pszczelim i bardzo szybko rosły. Następnie pojawiały się poczwarki pszczele, które stawały się już prawdziwymi pszczółkami, miały nawet skrzydła, ale jeszcze słabo wykształcone. Żeby dorosnąć, musiały sobie w ulu dobrze podjeść przygotowane przez robotnice jedzenie.  Wtedy zaczynało  tętnić  życie w ulach i całym Pszczelim Raju. Robotnice wiele razy dziennie wylatywały szukać miododajnych ziół i  kwiatów. Jedne leciały więc na Rajskie 
łąki i stamtąd przynosiły pełne naręcza pyłku z jasnoty, mniszka lekarskiego, chabru łąkowego, dziurawca , łubinu. Inne leciały do sadów, gdzie huśtały się na kwiatach rozkwitłych drzew : czereśni, wiśni, jabłoni, śliwy. Jeszcze inne leciały do lasu skąd przynosiły pyłek z sosny, świerka i modrzewia. Na Rajskich łąkach, polach i sadach nie było żadnych zagrożeń ani od ludzi, ani od ptaków czy innych owadów. W powietrzu unosił się słodki zapach nektaru. Pszczoły pracowały zgodnie ze swoim stanem. Jednym z ważnych zadań które wykonywały było zapylanie przez robotnice drzew, które dzięki temu rodziły owoce, poza tym robiły miód.
Dobrze tam było Alicji, żywiła się pyłkiem pszczelim, spadzią, miodem i owocami.  Ale ten stan nie mógł trwać wiecznie, musiała wrócić na ziemię.
           - Gdzie byłaś? - pytali znajomi. Uśmiechnęła się wtedy tajemniczo.
            - Nie uwierzycie, byłam w dalekiej podróży. Nikt nie uwierzyłby, gdybym powiedziała, że w Pszczelim Raju.
           - Pięć lat? To była bardzo długa podróż. Najważniejsze że wróciłaś -  cieszyli się.
          - A nas spotkało tyle nieszczęść. Wyobraź sobie, z okolicy wyginęły wszystkie pszczoły, nie wiadomo dlaczego. Nie mamy miodu, ostatnie zapasy zjedliśmy w ubiegłym roku. Ale to jeszcze nic, drzewa owocowe nie obrodziły, nie ma w okolicy wiśni, jabłek, śliwek, gruszek, warzyw też nie będzie. Miejscowi pasiecznicy szukają choćby jednego roju, ale do dzisiaj na próżno.     
            - Czy tam gdzie przebywałaś były pszczoły? - Alicja uśmiechnęła się.    
            - Jeszcze ile –pomyślała, ale to było w Pszczelim Raju.
            - Człowiek zawinił i teraz zbiera owoce złego postępowania –powiedziała.
            - Wiecie co, pomogę Wam odnaleźć pszczoły, może nie wszystko stracone, trzeba wybrać się w takie miejsce, gdzie nie ma letników, gdzie wieś i
miasto się kończy, gdzie nie opyla się ziemi środkami owadobójczymi. Jest nadzieja, że nie wszystko stracone.
- A ta sałatka z liści lebiody całkiem smaczna - dodała.
            -  Dobrze, że jeszcze lebioda została. Ale  jutro wybierzemy się w nową podróż, pojedziemy poszukać pszczelich rojów, to nie będzie łatwa wyprawa. Tak tęsknię za kromką chleba z miodem lipowym. A wy co wybieracie? Może wrzosowy będzie smaczny, a dla dzieci rzepakowy, bo jest bardzo słodki i świetnie rozsmarowuje się na kromkach. Jak znajdziemy roje i przeprosimy pszczoły za błędy ludzi, które spowodowały ich wyginięcie w naszej okolicy, to powstaną tutaj nowe świetnie prosperujące pasieki. Taki prawdziwy Pszczeli Raj.
 
 
 
Helena Murawska - Lenckowska
 
 
 
 

 
 

poniedziałek, 22 lipca 2013

Skarby

Miłośniczką książek byłam od zawsze, kupowałam je w księgarniach i antykwariatach. Te z księgarni pachniały farbą drukarską, antykwaryczne nabytki natomiast niosły w sobie różne zapachy, farba już wywietrzyła się, pachniały więc kurzem, czasem pleśnią, jak były źle przechowywane. Czasem niosły zapach kuchni albo stryszku czy szafy. Ale nie zapach się liczył, do odkrycia pozostawała bowiem treść lub fabuła. Odkryć można było czasem coś jeszcze - stare zdjęcia albo listy, czy rachunki które roztargniony właściciel pozostawił między kartkami, bo książki często służyły jako schowek dla takich pamiątek i jak antykwariusz nie zauważył "skarbu" przy sprzedaży nie odnalazł już właściciela. Przygodny kupujący stawał sie więc właścicielem książki z wkładką. Ale co zrobić ze starym listem czy zdjęciem, wyląduje w koszu, a jak kupującego zainteresuje to je gdzieś w swoich albumach przechowa i bedą się potomkowie zastanawiać długo, kto to jest na tym zdjęciu. A to zdjęcie to na pewno z lat dwudziestych, co to za wojsko było? Może koledzy dziadka, taty lub mamy -  zamknie historię.

piątek, 19 lipca 2013

Skrzydła

Na co aniołom skrzydła?
Ano po to, żeby mogły latać,
żeby mogły szybko przemieszczać się
po światach, niebach i zaświatach.
I na co jeszcze skrzydła?
Ano żeby mogły się nimi wachlować
w dni upalne, okrywać w zimie.
Tak  przyjemnie pod  pierzynką z pierza
marzą sobie anieli, a dookoła
pola całe w bieli...
Taki anioł, duszek świetlisty
utkany z marzeń jakże oczywistych
pomaga czasem w potrzebie -
przytuli myśli smutne,
szepnie do ucha zabawny wierszyk.
Swoje istnienie udowodnione
w Piśmie Świętym potwierdza
otulając  małe i duże dzieci
światłem nadziei i miłości.
Miło jest anioły w sercu gościć.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Poidełka

Lato gorące, cudowne słońce -  dla orzeźwienia kupujemy w sklepie spożywczym wodę mineralną albo inne napoje,  a tymczasem nasi mniejsi bracia ptaszki, kotki i inne stworzenia  otwierają z pragnienia dziobki i pyszczki. Kotki chowają się w cieniu, ptaszki lecą do strumyka w lesie być może, bo w zasiegu wzroku żadnej rzeczki ani źródełka nie widać. Dokarmiamy, owszem bezpańskie kotki, gołębiom oddajemy chleb,  a mało kto pomyśli o wystawieniu miseczki z wodą. A gdyby tak ustawić ładne poidełka już gotowe, tylko pilnować, żeby tam woda była. Dla kotów pod blokami, gdzieś u szczytu budynku, i dodatkowo  zraszacze trawy na trawnikach. To by się dopiero ptaszki ucieszyły...Myślę stawiając miseczkę z wodą pod blokiem. Bo nasi mniejsi bracia tak samo jak my odczuwają głód i pragnienie. Co prawda znajoma pani C. która od lat dokarmia gołębie narzeka mocno, że leniwe się zrobiły przez to dokarmianie. Robaczka tłustego zobaczyła na balkonie, obok gołąbek łepek przekrzywiał, ale robaczka nie próbował schwytać. Czekał na ziarno.

piątek, 5 lipca 2013

Opowiadanie


Grzesio

W życiu nic nie osiągniesz, jak nie będziesz walczyć o swoje, uczyli Grzesia rodzice. Grzesio od dziecka więc uczył się jak uczynić bliską sobie przestrzeń poddaną. Kiedy był mały wystawiał małe piąstki i inicjował nieduże potyczki z kolegami. Czasem przegrywał, to było bardzo bolesne, natomiast triumfu wygranej nikt mu nie mógł odebrać. Nauczył się chodzić środkiem chodnika z rozstawionymi na boki łokciami, dopóki był mały odskakiwał na brzeg chodnika  kiedy zbliżali się dorośli, ale jak dorósł dorośli musieli usuwać się na boki, inaczej dostawali bolesnego kuksańca od zadziornego spacerowicza. Z autobusu wyskakiwał tak szybko, że potrącał ociągające się babcie i dziadków. Jedynie matki z małymi dziećmi były bezpieczne, bo o ile na widok dorosłego czy podrostka serce Grzesia twardniało jak stal, o tyle małe dziecko wywoływało fale żywiołowej, nieposkromionej radości, tak jakby zawłaszczał sobie mały umysł.  Były chwile radości nieposkromionej, ale przy dłuższej zabawie Grzesio szybko się męczył i  odsyłał malucha mamie, czasem usiłował wychowywać, wtedy nieuchronne były klapsy i radość nieposkromiona ulatywała,  a w jej miejsce przychodziła irytacja.  Na szczęście maluchy są rozumniejsze od podrostków i słuchają starszych. Ambicją Grzesia były więc od dziecka osiągnięcia. Kiedy dorósł zauważył, że ma wiele „ponadczasowych myśli”, niektóre swoje,  inne zawłaszczone prosto z umysłów przyjaciół więc zaczął pisać. To było cudowne odkrycie, jego człowieczeństwo zostało potwierdzone, wkrótce wydał pierwszy własny tomik wierszy. Wzruszenie i pewność, że jest istotą szczególną sprawiły, że odsunął od siebie wszystkie  zajęcia domowe i  zatrudnił się w bibliotece. Ale wbrew pozorom, nie zyskał tam więcej czasu na pisanie, czytelnicy niektórzy byli irytujący… Nawyków nie zmienił, nadal wyskakiwał z autobusu jakby go kto gonił i szeroko rozstawiał łokcie w czasie spacerów. Ale kto by zwracał uwagę na takie drobiazgi.

Poranne zamyślenie

Na działkach zielono, bo deszcz padał przez kilka ostatnich dni, uwijają się   i brzeczą tam pszczoły i inne owady mimo niecnych i podstępnych działań właścicieli ogródków w których usiłowały się zadomowić. Jeszcze się uwijają, ale konieczne są apele o ochronę szczególnie pszczółek, bo  osy rzadziej lokują się przy domkach, częściej  bezpośrednio w ziemi. Na przykład   pod krzakami gęstego ligustru można się czasem natknąć na gniazdo os. I zdaje się tam sa bezpieczne. W tym roku sezon na dyniowate. Posadzona w porę cukinia pięknie zaściela spory teren na grządkach i nie wymaga pielenia. Fasolka udaje mi  się zawsze, nie ma większych wymagań glebowych. Z rzodkiewkami kłopot mam, bo często wyrastają mi w nasiona. Groszek posadzony na placyku po ognisku jesiennym ma śliczne strąki. Można sobie ognisko jesienne rozkładać w kilku miejscach, tam gdzie planuje się wiosną grządki i nie trzeba już potem nawozić. Soboty i niedziele we własnym ogródku to czas relaksu, spotkań z przyjaciółmi, to też miejsce zabaw dla dzieci i wnuków licznych posiadaczy działek. Ale i na osiedlu coś się zmienia na lepsze, budują nam nowy plac zabaw i na trasie wzdłuż ulicy między przystankami ustawione zostały ławki. Już nie bezpośrednio pod blokami, bo wieczorami zasiedlała je młodzież, ale na trasie spacerowej. To dobrze, dotychczas jedynym miejscem wypoczynku dla spacerowicza była ławka na  przystanku autobusowym. Tęsknię za urlopem, ale nie mam kiedy go wziąć, w drugiej połowie sierpnia dopiero. A może skusić się na kilka dni w lipcu?. Nie mąż też bierze urlop w sierpniu. Planujemy wyjazd na pielgrzymkę. Miła wiadomość dla wszystkich katolików jest taka, że ojciec Rydzyk otrzymuje koncesję dla TV TRWAM. Tym razem się udało, wiele marszów i petycji w obronie TV TRWAM zadziałało.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Bajki


Mała pszczółka Bzy

Był piękny wiosenny dzień, jak słodko pachniały rozkwitłe kwiaty wiśni. Wśród kwiatów uwijały się małe brązowo-złote  pszczoły. Stanęłam pod drzewem, brzęczenie było bardzo miłe, pszczółki miododajne pracowały bez wytchnienia wśród kwiatów. Od wielu lat usiłowały też zrobić sobie gniazdo w starej drewutni u sąsiada Rataja. Sąsiad Rataj jednak nie lubił owadów. Po ogrodzie biegała z piłką jego mała córeczka Amelka, mogła niechcący stanąć na pszczółkę,  ukąszenie broniącej się kruszyny mogło być nawet bolesne. Teraz też wypatrzył że  pszczoły robią sobie gniazdo między dwiema odchylającymi się deskami pod dachem drewutni. Amelka  rzucała wysoko kolorową  piłkę, pszczółki brzęczały radośnie wśród kwiatów. Nadszedł wieczór, cała rodzina pszczela sadowiła się w dzikim ulu w drewutni nie domyślając się niebezpieczeństwa. A ono było już bardzo blisko. Rataj przeciągał ogrodowy wąż do podlewania kwiatów w stronę miejsca, gdzie ulokowały się pszczoły. Za chwilę zimny strumień wody sięgnął do ula. Mimo, że był wieczór zagrożone pszczółki zaczęły wylatywać z gniazda, niezdarnie obsiadły pobliskie drzewa. Dzieło zniszczenia było ogromne, mimo to następnego dnia ocalałe z pogromu owady nadal radośnie brzęczały wśród kwiatów wiśni. MAMO, PSZCZOŁA, POPATRZ TUTAJ I TUTAJ. Amelka pokazywała palcem kwiatki… Rataj uśmiechał się chytrze, czekał na wieczór, wieczorem kiedy pszczółki na nowo usadowiły się w prowizorycznym ulu przystawił do ściany drewutni wysoką drabinę i uzbrojony w zakupiony w miejscowym supermarkecie środek owadobójczy na osy, pszczoły i szerszenie wspinał się po drabinie. Za chwilę rozpylił gęsty strumień gazu w widoczny otwór. Dzieło zniszczenia wydawało się być dokonane. Następnego dnia wśród kwiatów wiśni  można było zobaczyć nieliczne bardzo pszczoły.. Sąsiad Rataj znów wspinał się po drabinie, tym razem przed sobą na brzuchu zawiesił wiaderko z zaprawą murarską, która dokładnie zakleił  wszystkie szpary. Ul został unicestwiony bezpowrotnie. Amelka biegała z piłką. Z pobliskiego krzewu bzu  dobiegało  gwizdanie zdziwionego kosa. Zły człowiek zamieszkał, pszczoły wyginęły, zły człowiek zamieszkał, pszczoły wyginęły powtarzały sobie wróble, sójki, jaskółki a nawet sroki i gołębie które czasem odwiedzały ogród. Nie będzie miodu pisnęła mała myszka, która często odwiedzała spiżarnie i widziała w różnych domach słoje ze złocistym miodem… Miodu nie będzie popiskiwała smutno.

W nocy śniłam maleńką brązowozłotą pszczołę. Gdzie jesteś pszczółko?

Jarmark

Na placu w miasteczku rozłożyły się kolorowe stragany. Jarmark, jarmark zakrzyknęły radośnie dzieci a i starsi mieszkańcy ucieszyli się. Mała Zuzia wybrała się na jarmark z tatą, w kolorowej sukience i słonecznych okularach trzymając za rękę tatę wkroczyła na jarmarczny plac gdzie czekało tyle atrakcji. Przede wszystkim kolorowe stragany z zabawkami, balonami, gumą do żucia, lizakami, także kioski z wyszynkiem tam stały. Spacerowicze wybierali sobie kiełbaski z rożna, pyszne oscypki, gofry. Z prawej strony placu kręciły się karuzele. Ustawione też były gumowe zamki – zjeżdżalnie. Okoliczni rolnicy i właściciele kucyków urządzali  przejażdżki na kucach.  Pośrodku na scenie występowały znane i lubiane zespoły. Tato wygraj dla mnie zabawkę poprosiła w pewnym momencie Zuzia Ale te zabawki takie byle jakie, przecież masz w domu pluszaki – wybrzydzał tata. Tatusiu zobacz jakie ładne i każdy los wygrywa… usiłowała przekonać. Niestety rodzic pozostał nieugięty. To może pójdziemy na karuzelę, zobacz tam jest już Ania z mamą i Mirek z babcią – wiesz ten z naszego bloku… Nie pojedziesz na żadnej karuzeli, nie wiesz, że mam nadciśnienie… ale ja nie mam, to nic zakręci Ci się w głowie. Pójdziemy posłuchać muzyki.  Posłuchaj jak pięknie grają. Tylko nie rozglądaj się na boki, scena jest tam… Ach Ci ludzie gapią się nie wiadomo gdzie wszyscy. Słuchaj jak pięknie śpiewa solistka. Solistka miała silny dźwięczny głos. W pewnym momencie poprosiła – teraz wszyscy śpiewamy refren, powtarzajcie… Tata się nagle zdenerwował, żadnych refrenów, nie powtarzaj, ale wszyscy śpiewają, zobacz jak się bawią… żadnych refrenów, wracamy… pociągnął córeczkę, o mało nie łamiąc jej ręki… ale ja muszę śpiewać, chcę zostać solistką jak ta pani,  jak nie będę śpiewać nigdy nie zostanę piosenkarką. Ale już wracali do domu mijając stragany, budki z wyszynkiem, karuzele… To wtedy Zuzia postanowiła, że ucieknie… Ucieknie na pewno, tylko co powie mamusia… Widok zgaszonej, smutnej twarzy mamusi powstrzymał odważne myśli Zuzi. W końcu wracali do domu, nic takiego się nie stało, nie musi bawić się jak inne dzieci, nie zostanie też nigdy solistką. Po drodze spotkali kolegę taty, z jakim zapałem zaczął opowiadać o występie znanej piosenkarki. To jest talent, a jaki głos, zachwycał się, a kolega przytakiwał ze zrozumieniem. Ale już musimy lecieć, bo robi się późno a autobus nie czeka. Pożegnali się i pobiegli w kierunku przystanku.

środa, 19 czerwca 2013

MISTRZOWIE LITERATURY


W Dyskusyjnym Klubie Książki  przyszedł czas na przerwe wakacyjną, wykorzystując wolny czas napisałam krótką recenzję czerwcowej lektury.

AMOS OZ

           Amos Oz to literacki pseudonim Amosa Klausnera, izraelskiego pisarza i eseisty który urodził się 4 maja 1939 roku w Jerozolimie i dorastał w kibucu Hulda. Tam ukończył szkołę średnią,  następnie służył w wojsku i po zakończeniu służby ukończył historię literatury i filozofię na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Po studiach wrócił do pracy w kibucu gdzie pracował jako rolnik. Książka „Sami swoi”  wyrosła więc z jego osobistych doświadczeń. Amos Oz jest uważany za najwybitniejszego  pisarza  izraelskiego, za swoje utwory  otrzymywał wiele nagród i jest jednym z faworytów Literackiej nagrody Nobla także od wielu lat działaczem na rzecz pokoju między narodami. W Polsce e jego twórczość jest znana, między innymi otrzymał Doktorat Honoris Causa Uniwersytetu Łódzkiego

        „Wśród swoich” to osiem opowieści których  fabułą są losy społeczności żydowskiej zgromadzonej w kibucu Jikhat. Książkę wydało wydawnictwo „Rebis” w 2013 roku. Kibuc to szczególne miejsce, najlepszym porównaniem dla tego miejsca jest „komuna”, a więc opisuje Oz życie Żydów w komunie, gospodarstwie kolektywnym, gdzie każdy ma z góry określone obowiązki, gdzie wszystkie sprawy, również rodzinne rozstrzyga się na zgromadzeniu wybranej starszyzny,  a dzieci wychowują się w dziecińcu, tam śpią, uczą się, bawią. Z rodzicami mają kontakt ograniczony. Dzieje się tak zgodnie z zasadą, że dzieci należą do wszystkich. Amos Oz który sam wychował się w kibucu jest wrażliwym i doskonałym psychologiem, w opowieści „Chłopczyk” opisuje małego Juvala który jest dzieckiem lękliwym, nieśmiałym, moczy się w nocy i bardziej niż inne dzieci potrzebuje opieki rodziców. Tymczasem Juval tak jak inne dzieci w kibucu spędza większość czasu w dziecińcu, tam bawi się z dziećmi, tam śpi we własnym łóżeczku i nie może przytulić się do mamy ani taty. Juval przytula więc gumową  kaczuszkę, dzieci wyśmiewają się z niego nieustannie.  Niestety dzieci są okrutne i pewnego razu niszczą chłopcu jego zabawkę. ucieczka Juvala do własnego domu nie sprawi, że tam pozostanie, owszem, ojciec z żalem i bólem odprowadzi dziecko z powrotem do dziecińca, spróbuje na własną rękę wyrównać krzywdy jakich jego syn doznał od dzieci przez co narazi się całej społeczności  i być może tylko wychowawczynie będą się lepiej dziećmi opiekowały po tym incydencie.

Każda z opowieści Amosa Oza zasługuje na uwagę, dzięki  kunsztowi literackiemu, który sprawia, że najbardziej błahe sprawy nabierają szczególnego znaczenia. Społeczność kibucu  jest nieduża, większość pracuje na roli.   To takie specyficzne   miejsce, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o sąsiadach, nie ma tam miejsca na intymność, domki mają cienkie ściany.  Taki na przykład Cvi Prowizor z selekcji zieleni.  Samotny stary kawaler z upodobaniem czyta prasę, a jego umysł ma szczególną właściwość, zapamiętuje tylko złe wieści. Jego sąsiedzi omijają go więc, a nawet nazywają Aniołem Śmierci.  Osnat i Arielę  z opowiadania „Dwie kobiety”  natomiast połączyła miłość do jednego mężczyzny. Rozwiedziona Osnat służy Arieli dobrymi radami, pisze do niej listy. Natomiast Mosze Jaszar z opowiadania „Ojciec”  ma rodzinę w pobliżu kibucu i ojca w domu starców, żeby  go  jednak odwiedzić musi uzyskać specjalne pozwolenie od przełożonych, uzyskuje je i jedzie odwiedzić ojca.  Z wyjazdem za granicę jest jednak większy problem wie o tym Henia Kalisz, która chciałaby żeby jej syn wyjechał na studia do Włoch. Tam mieszka jej młodszy brat Artur. Jotam mógłby mieszkać  u Artura, tylko czy kibucowa starszyzna czyli  walne zgromadzenie zgodzi się na wyjazd jej syna do Włoch? Czy Jotam  naprawdę chce wyjechać, żeby być może nigdy nie wrócić  do kibucu, czy zabraknie mu odwagi…opowiadanie nie rozstrzyga tego. 

            Czytając Amosa Oza  poruszamy się w kręgu marzeń, bolesnych doświadczeń, drobnych radości i tęsknot. Historie poszczególnych osób dzieją się  w kręgu gestów i myśli. Celebrowanie codziennych czynności sprawia, że każda wykonywana praca nabiera znaczenia, nawet  jak ktoś  układa roboczy fartuch żeby zasiąść do poobiedniej herbaty. Gospodarstwo kolektywne nie jest rajem, tylko miejscem ciężkiej, żmudnej pracy. Jego założyciele to jednak utopiści, którzy spełniają w ten sposób marzenie o własnej, samowystarczalnej ojczyźnie. Czy są w stanie stworzyć małej społeczności bezpieczne i przyjazne miejsce, czy przeciwnie rozbudowana w szereg zakazów  biurokracja i wzajemne sąsiedzkie waśnie stworzą wielu czyściec, w katolickim pojęciu tego słowa.

 

sobota, 1 czerwca 2013

Biografia pozytywna


Literatura pomaga przezwyciężyć słabości.
            Chciałabym polecić czytelnikom „ książkę Philippe Pozzo di Borgo pt  „Drugi oddech”. Jest to jedna z  lektur które omawiane były w „ Elbląskim Dyskusyjnym Klubie Książki”. Książka jest opowieścią biograficzną. Philippe Pozzo di Borgo to francuski arystokrata, jego dzieciństwo i młodość upłynęły w gronie rodziny wśród ciekawych wydarzeń. Pasjonuje się sportem, jest żeglarzem i paralotniarzem, podróżuje, ma piękną i mądrą żonę Beatrice. Zostaje dyrektorem wytwórni win i szampanów Pommery i nagle wszystko zaczyna się komplikować. Jego żona nie może urodzić dziecka, po kilku poronieniach decydują się więc na adopcję. Później Beatrice zachorowała  jeszcze na raka.  Po wielu chemioterapiach i operacji serca  rak został zaleczony więc małżonkowie wyjechali  na wakacje, tam przypadkowe zranienie o kamień morski spowodowało powrót choroby i  trwałą ranę nogi Beatrice.  Philippe Pozzo był dobrym i czułem opiekunem żony w czasie jej choroby, wówczas wydarzył się wypadek na paralotni który odwrócił sytuację. Czterokończynowe porażenie sprawiło, że teraz on bardziej potrzebował opieki. Uczył się wszystkiego, oddychania, przełykania pokarmów, utrzymywania się w pozycji pionowej na wózku. Czuła opieka żony, rodziny i przyjaciół sprawiła, że nie utracił wiary w sens życia. Na spotkaniu zorganizowanym przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Niepełnosprawnych opowiedział o „Drugim oddechu” jaki udało mu się dzięki żonie otrzymać. Drugi oddech to drugie życie, zupełnie inne niż dotychczasowe. Człowiek czynu, biznesmen i sportowiec zamienił się w człowieka refleksyjnego jak napisał „Ponad słowami, ponad ciszą odkrywa własne człowieczeństwo. Ciało dotychczas wynoszone pod niebiosa powoli zaciera się na rzecz odnowionego umysłu, wzmocnionej duchowości, odruchu serca.” Chora żona nie sprostałaby sama opiece więc ważną osobą w rodzinie Pozzów został Algierski opiekun Abdel, przyjęty początkowo na próbę, złodziejaszek i spryciarz a nawet szef bandy  w ubogiej dzielnicy  stał się najlepszym opiekunem sparaliżowanego autora. Otrzymał  w zamian nowy dom, gdzie był szanowany,  lubiany i dobrze opłacany.  Co pociągnęło chorego autora w osobowości muzułmanina Abdela?  szczególnie chyba poczucie humoru, inteligencja, to że dobrze gotuje i szybko podejmuje decyzje (konieczne w przypadku nagłego wyjazdu do szpitala), poza tym w świecie arabskim męskie przyjaźnie są kultywowane, mężczyzna jest ważniejszy niż kobieta,  więc opieka Abdela jest solidna.  Opisana przez Philippe Pozzo di Borgo przyjaźń stała się również motywem filmu „Nietykalni” w reżyserii Oliviera Nakache'a i Erica Toledano . W filmie, który powinien być dramatem jest wiele elementów komediowych,   ponieważ czy często zdarza się przyjaźń między bogatym arystokratą a pochodzącym z marginesu byłym więźniem? Jednocześnie jest to spotkanie niezwykłe  i podnoszące na duchu.  Ukończony w 2011 roku film podobnie jak książka „Drugi oddech” ma ogromne powodzenie.  W  Maroku gdzie obecnie mieszka,  spotkał też autor swoją drugą żonę Khadiję.
Książka jest wzruszającą lekturą, mówi o sensie życia mimo wielu fizycznych ograniczeń, o zmaganiu z bólem, cenie przyjaźni i miłości, o tym, że radość może istnieć mimo cierpienia, że również człowiek z czterokończynowym porażeniem „tetraplegik” może mieć swoje chwile szczęścia,  a jego postawa pomóc wielu chorym i zdrowym ludziom. O tym także, że trzeba uczyć się zarówno pomagać jak pomoc przyjmować. To niezwykła poetycka opowieść którą warto przeczytać.

                                                               moja recenzja ukazała się w czaspismie "Razem z Tobą"
                                                                                         

Dzień Dziecka

       Dzień Dziecka dzisiaj, to miłe rodzinne święto. Dzieciaki spodziewają się tego dnia wielu wymarzonych prezentów. Nie takich dużych jak komunijne, bo to cykliczne święto, ale już na przykład deskorolka mogłaby być, albo ta nowa Barbie, kolekcja z pieskiem albo z kucykiem. Dziewczynki uwielbiają te lale. Dzięki nim dorosłość staje się marzeniem osiągalnym. Lale są modnie ubrane, uczesane. Mają niezbędne akcesoria potrzebne w domu, ogrodzie lub na wakacjach.  Ostatnio pojawiły się też niedojrzałe Monstery, te przypominają wyglądem nastolatki, mają drobne twarze, duże oczy, odrobinę za długie ręce albo nogi. Po prostu nastolatki...w pełnej krasie. Zaglądam czasem do sklepu z zabawkami i wtedy bardzo pragnę wrócić do dzieciństwa i urządzić swój kącik z ulubionymi zabawkami. Niestety do dzieciństwa się nie wraca, można je pielęgnować w sobie inaczej, duszę zachować młodą, nieskłonną do "biadoleń", żalów, utyskiwań.
     Rozpoczął się czerwiec i za oknem trawy bujne. Akacje w rozkwicie, więc zapach unosi się dookoła niebiański i pszczółki lecą do miododajnych drzewek i inne owady. Kalina w ogrodzie nieopodal także cała obsypana kwieciem bujnym, kocham kaliny, to piękne krzewy ozdobne. Niestety nie wyhodowałam ich jeszcze w ogródku, mamy za to całą ścieżkę obsypaną piwoniami. Rozpoczynaja rozkwitać, ich różane kwiatowe płatki od wieków uświetniają procesję Bożego Ciała w kościele katolickim. Przynosimy je do domu naręczami i stawiamy w  wazonach. Oglądam warzywnik, cudem widać go w bujnej trawie, najwięcej trawy w lubczyku, nie wiadomo dlaczego... ale obok rozrasta się cukina i patisany, nieśmiało wyrasta pietruszka i marchew. Koperek nie wiadomo dlaczego posiał się w cukinii, niech rośnie. Nasz ogródek trochę dziki jest, ale to nie szkodzi, jest dużo przyjemności z niego, można posiedzieć na trawie, można usmażyć kiełbaski albo warzywa, sąsiadkę zaprosić czasem...

niedziela, 26 maja 2013

Biografia pozytywna


           Zakończył się Rok Janusza Korczaka, który stał się dobrą okazją do zapoznania się z wybitną postacią niezwykłego  lekarza, pedagoga, pisarza, publicysty i działacza społecznego. Jego nazwisko rodowe brzmiało  Henryk Goldszmit, był synem warszawskiego adwokata, urodził się prawdopodobnie 22 lipca 1878 (lub 1879 r). w Warszawie.  Pseudonim Janusz Korczak powstał spontanicznie, po prostu takie godło podał Henryk Goldszmidt przystępując w 1898 roku do konkursu literackiego na sztukę teatralną – „Janasz  Korczak”,  był to bohater jednej z powieści Józefa  Ignacego Kraszewskiego, błąd drukarni zmienił Janasza w Janusza,  a pseudonim wkrótce stał się dla pisarza ważniejszy od nazwiska . Zginął  opiekując się do końca powierzonymi sobie dziećmi-sierotami  5 ( lub 6 sierpnia) 1942 r. w hitlerowskim obozie zagłady Treblince.

Wraz z nim zginęły wszystkie dzieci i wychowawcy z sierocińca żydowskiego. Do dzisiaj nie wiadomo, czy J. Korczak i inni wychowawcy byli świadomi,  że to ich ostatnia droga, czy wierzyli, że będą nad dziećmi mogli sprawować opiekę po przyjechaniu na miejsce.

        Janusz Korczak pozostawił po sobie wiele prac i dzieł literackich poświęconych dzieciom i ich wychowaniu. Dyskusyjny Klub Książki poleca natomiast uważne  przeczytanie wydanego w Warszawie w 2012  Pamiętnika i innych pism z Getta. Jest to trudna lektura, autor relacjonuje w niej  trzy miesiące  w sierocińcu, gdzie jest kierownikiem, wychowawcą i lekarzem. Większość dzieci którymi się zajmuje to dzieci ciężko chore, albo dzieci ulicy. Dzisiejszego czytelnika najbardziej przeraża wszechobecna, mimo bardzo troskliwej opieki śmierć. Korczak relacjonuje – na dziewięcioro przyjętych dzieci umiera ośmioro, najczęściej są to noworodki przyjęte w stanie przedagonalnym,  ale i dzieci starsze również. Sierociniec jest niedogrzany, trochę pomagają nieustanne pisma wysyłane do bogatszych przedstawicieli elity warszawskiej, pisma o wszystko, o węgiel, jedzenie, odzież. Jak pisze nauczył go dziadek, który wystawiał Szopkę na Boże Narodzenie, że natarczywa prośba zwykle skutek odnosi, jak ktoś ma w miarę zasobną kieszeń. Raz w tygodniu dzieci waży i mierzy bo  miarą zdrowia jest również waga i wzrost. Doktor – wychowawca nie uchyla się również od prac prostych, bo sam wielokrotnie w nocy wynosi przepełnione wiaderka i nocniki z sypialni chorych małych dzieci. Mimo biedy dzieci się tam uśmiechają, opowiadają o swoich problemach, uczą dorosłych swojej prostej filozofii. Autor zachwyca się sposobem w jaki dzieci okazują sobie i dorosłym serce. Dzieci chodzą również do bożnicy i świętują tradycyjne żydowskie święta. Wraz z Korczakiem pracuje w sierocińcu Stefania Wilczyńska, współzałożycielka i wychowawczyni  powstałego w 1913 roku Domu Sierot a także  długoletnia współpracowniczka doktora Janusza Korczaka, kierownika Domu Sierot.

Doktor Korczak od młodości  zafascynowany był postaciami takich pedagogów jak Johann Pestalozzi, popierał program wychowania Johna Deweya, czytał pedagogiczne pisma Lwa Tołstoja. W swoim sierocińcu  szanował prawa dziecka, tworzył samorządy wychowanków. Dzieci publikowały pismo, wspólnie rozwiązywały problemy, na przykład powodu kłótni czy podziału obowiązków  -  jakie pojawiały się w czasie wspólnego mieszkania w sierocińcu.Większość utworów literackich i prac pedagogicznych  Janusza Korczaka, poświęcona jest dzieciom, na przykład:

Dzieci ulicy, 1901

Mośki, Joski i Srule, 1910

Momenty wychowawcze, 1919

Jak kochać dziecko t. 1 i 2  1920/21

Król Maciuś Pierwszy, 1928

Prawo dziecka do szacunku, 1929

Pedagogika żartobliwa, 1939


W hołdzie  niezwykłej postaci doktora  i wychowawcy w  Roku Janusza Korczaka odbyło się wiele inicjatyw mówiących o prawach dziecka, a na jego zakończenie w grudniu 2012 roku Międzynarodowy Kongres Praw Dziecka.  W czasie kongresu ogłoszono tzw. Deklarację Warszawską, która, odwołując się do spuścizny Korczaka, wzywa dorosłych do zapewnienia każdemu dziecku życia bez przemocy

 

„My, uczestnicy Międzynarodowego Kongresu Praw Dziecka, obradującego w 2012 roku w Warszawie oraz Ci, dla których dobro dziecka oraz ochrona jego naturalnych praw są wartościami najcenniejszymi – w roku poświęconym osobie i ideom Janusza Korczaka – wychowawcy, lekarza, pedagoga, opiekuna sierot, rzecznika praw dziecka w społeczeństwie – zwracamy się do rodziców, wychowawców i opiekunów, do nauczycieli, polityków, duchownych, do wszystkich osób odpowiedzialnych za kształt życia społecznego – z apelem o urzeczywistnianie dziedzictwa Janusza Korczaka…”

         Inną cenną inicjatywą Roku Korczakowskiego jest Otwarta Licencja Edukacyjna, która mówi, że wszystkie dzieła literackie i prace Janusza Korczaka zostaną w całości udostępnione w Internecie.  Decyzje taka podjął Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski.  Prawa do spuścizny literackiej po Januszu Korczaku posiada Instytut Książki który również  dofinansowuje ze środków własnych tłumaczenia dzieł Korczaka i będzie wspierał finansowo wydanie   dzieł Janusza Korczaka, a także może wydać zgodę na ich adaptację sceniczna i filmową.

                                                                                      

                                                                                

wtorek, 30 kwietnia 2013

Podatki to ciężki obowiązek

Z pola widzenia mojego miasta i mojej ulicy znikają małe sklepiki i małe zakłady przemysłowe, powód jest jeden - podatki. Ktoś prognozuje nawet, że wielka sieć marketów Carrefour również się wycofuje, że miała być rozbudowa a wszystko wskazuje na szybkie zamknięcie interesu. A oni podobno przez szereg lat byli zwolnieni z podatku. Dziwne jest to państwo, już nie ojczyzna co chroni ludzi i pozwala im się rozwijać a fiskus podatkowy. No tak, nie ma państwowych zakładów, okręgów przemysłowych, a już po 1920  roku były....prywatyzują się wszystkie instytucje, także banki, poczta, szkoły. Wszyscy zgodnie narzekają,  że podatek dochodowy i odprowadzany do ZUS jest za wysoki, podobno 40 %, ale musze to sprawdzić, bo to może nie jest prawda.  Chociaż jest sporo zwolnień z podatku w pierwszych latach działalności, firmy upadają a mogłoby być tak, że  w pierwszych trzech latach podatki by  wynosiły 5 %, w następnych 10%  w zależności od dochodów firmy ( tych dochodów na czysto, po opłaceniu  wydatków) pozostałoby do odprowadzenia  już  15 %  tam gdzie dochody przekraczałyby pewien limit, żeby jednak ci najlepiej sytuowani mogli być filarami państwa. Mnie się to bardziej podoba...Małe firmy, mniej dochodowe mają 10% podatku, duże, ale tylko wykazujące duże dochody 15%  początki po okresie zwolnienia od podatków 5%  Świetne lata dobrze prosperujących małych sklepików w erze Internetu minęły bezpowrotnie, jak się wydaje, a i duże markety mają problemy, chociaż korzystają z nich jeszcze bezrobotni i pracujący w niepełnym wymiarze godzin... a w soboty i niedziele rodziny...Większość  ludzi teraz zamawia towar przez Internet i to się już nie zmieni. Dostawcę wybiera się niekoniecznie ze swojego miasta czy regionu czasem decyduje korzystniejsza cena, czasem lepsza reklama... Samochody dostawcze nieustannie przemierzają sieć dróg, omijając płatne autostrady... Ciekawe czy można kupić bilet miesięczny albo kwartalny na korzystanie z autostrad na przykład w całej Polsce.... żeby było opłacalnie dla kierowcy... Swoją drogą, szkoda, że rozwiązano wiele kolejowych szlaków komunikacyjnych. Te były na pewno tańsze  w utrzymaniu niż autostrady... Można było towar dowieźć te dwa kilometry czy trzy, przeładować na kolej, po dowiezieniu samochód dostawczy z innego regionu  odbierałby z kolei i rozwoził do klientów...Ciekawe, czy to by nie było bardziej opłacalne....

środa, 24 kwietnia 2013

Uzdrowiciele

Czy bioenergoterapeuta może uzdrowić chorego człowieka? Czy bioenergoterapia to metoda leczenia, czy klasyczne uzdrowienie dotykiem. W katolicyzmie uzdrowienie jest nieodłącznie związane z wiarą. Uzdrawiał Pan Jezus, uzdrawiali też apostołowie, żeby ogłosić zmarłego świętym nie wystarczy opinia nieskazitelnego, pełnego dobrych uczynków życia i głębokiej wiary potrzebne są jeszcze cuda uzdrowienia, a te zdarzają się zarówno za życia jak po śmierci. Czy Pan Bóg może obdarzyć każdego charyzmą uzdrowiciela, jeżeli wierzymy, że Pan Bóg może wszystko, to wielu uzdrowicieli może być również wśród ludzi mniej świętych, a nawet takich którzy ze swojego daru zrobią sobie narzędzie pracy i zaczną tak zarabiać. Niestety można się też domyślić wielu szarlatanów spośród uzdrowicieli, ludzi którzy tylko udają, że uzdrawiają wykonują odpowiednie gesty, obdarowują ziołami. Dobry zielarz wart jest skarbu, każdy to wie, wiele chorób potrafi wyleczyć za pomocą bożej apteki, jeżeli wie na jakie choroby je stosować i jak dawkować, żeby przyniosły choremu ulgę, a nawet wyleczyły. zielarstwo jest więc metodą leczenia,  bioenergoterapia bardziej kojarzy się z uzdrowieniem dzięki specjalnemu darowi otrzymanemu od Boga, to tak jak jasnowidzenie, też może być charyzmatem otrzymanym od Boga, a od człowieka będzie zależało, jak go użyje. Pamiętam wydarzenie przyjazdu do miasta Olsztyna uzdrowiciela Harrisa, był rok chyba 1984, uzdrowiciel przyjmował w kościele katolickim, stał przed głównym ołtarzem, księża byli bardzo przejęci tą sytuacją i na pewno odprawili niejedną mszę w intencji wielu uzdrowień. Przy świątyni od wczesnych godzin porannych gromadzili się ludzie, niektórzy czekali już od poprzedniego dnia. Potem przez cały dzień Harris dotykał dłońmi twarzy, głowy, piersi, jednym słowem miejsca,  w którym chory odczuwał ból. Ponieważ kolejka była długa natychmiast ministranci i młodzież z oazy katolickiej i studenci włączyli się w pomoc w kierowaniu kolejką, bo ludzie wiadomo, pchają się do przodu, usiłują ominąć kolejkę... Nie pamiętam, czy były zbierane dla uzdrowiciela opłaty, czy tylko dar serca. Niektórzy odchodząc mówili o dziwnym prądzie który przenikał całe ciało, a nawet o uśmierzeniu bólów, wielu nic nie odczuło jednak, czy to oznacza, że w kontakcie z uzdrowicielem obdarzonym charyzmą również nie każdy może zostać uzdrowiony, bo to Bóg decyduje, nie człowiek.   Było to na pewno duże wydarzenie zarówno w życiu miasta jak każdego z chorych.