czwartek, 26 grudnia 2013
Kolędy i pastorałki (C-G) z sebastek888
Świąteczne akcenty koniecznie musiałam umieścić w blogu. Kolędy są z nami, radują i pocieszają w chwilach trudnych. Są najpiękniejszym promykiem nadziei, która prowadzi prosto do nieba.
Szpital
Nie jestem przesądna, ale 13 grudnia zabrano do szpitala mamę. Coś w tym jest, trzynastka okazała się dla mamy pechowa. Zabrana została do szpitala w Toruniu na Bielanach na oddział intensywnej terapii, z małą nadzieją na powrót do zdrowia. To bardzo rozległy udar - poinformował doktor. Kiedy odwiedziliśmy mamę w szpitalu spała, może nas słyszała, ale niekoniecznie skojarzyła, że to jej dzieci. Po 9 dniach przeniesiona została z intensywnej terapii do szpitala w małym miasteczku, też dosyć odległym od naszego miejsca zamieszkania. Na szczęście w pobliżu licznej reszty rodziny. Chciałam jechać tam zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, ale mąż się nie zgadza, ma teraz urodziny i imieniny, więc pojadę dopiero po Nowym Roku, być może mama będzie już w rodzinnym domu. Nic mnie teraz nie cieszy, chodzę osowiała z kąta w kąt, z obowiązku piszę życzenia świąteczne, we śnie dźwigam nieprzytomną mamę, proszę o zdrowie w modlitwie. Jeżeli mama po świętach wraca do domu to oznacza tylko jedno - poprawę stanu zdrowia, to dobrze, teraz przy odpowiedniej opiece i rehabilitacji będzie wracała do zdrowia. Z niecierpliwością myślę o naszym spotkaniu w Roku 2014. Oby było dobrze, jak najlepiej.
czwartek, 5 grudnia 2013
Nie rozumiem
Nie rozumiem na czym polega efekt cieplarniany. Ogrzewanie daje ciepło, czy to będzie węgiel, czy drzewo czy ogrzewanie słoneczne. Każde daje ciepło które ogrzewa skrawek atmosfery pomnożony przez wielkie x. Dwutlenek węgla to nie tylko węgiel, duże hodowle i dużo ludzi...jak oddychają bagna? jak butwieją pokłady liści i gniją powalone drzewa w prastarej puszczy...rozkłada się nawóz...życie oddycha, żyjemy, jest nas coraz więcej, niepokoimy się o swój możliwie długi byt na planecie Ziemia, o nasze dzieci, wnuki, prawnuki aż do tysięcznych pokoleń... Chcielibyśmy długo i szczęśliwie mieszkać na naszej planecie. Mniejsze kataklizmy, które zdarzają się dookoła zostały przez nas zaakceptowane, jako zło konieczne - tak jak śmierć jednostki, której przecież nie uda się uniknąć, wszyscy kiedyś znajdziemy się w zaświatach, nikt nie wie jak tam jest, większość się boi, ale zgadza z nieuchronnością. Odwieczny Bóg to zaplanował, jesteśmy mali, choć stworzyliśmy tyle praktycznych a czasem niepojętych wielkich rzeczy. Czy istnieje życie i Niebo dla tych którzy odeszli czy tylko ich ostatni oddech, ich energie myślowe zostają komuś ofiarowane, a potomkowie niosą dalej życie w niezmiennej jego formie. Co im przyniesie efekt cieplarniany, a my czy zdołamy przeciwstawić się zamiarom Boga, jeżeli On to zaplanował...
Efekt cieplarniany - co go powoduje, czy przebiegunowanie Ziemi, to niewielkie odchylenie, które spowodowało, że więcej promieni słonecznych sięga do lodowców Arktyki, czy wyżarzanie które dokonuje się na słońcu, czy powolne zwiększanie masy Ziemi, czy wszystkie te przyczyny razem...czy nasi inżynierowie znajdą sposób na przeciwstawienie mu się. Cokolwiek by to nie było wiele jeszcze pokoleń ludzi i ich braci zwierząt cieszyć się będzie słonecznym latem, bogatą w dary jesienią, trudną zimą....Na prastarej Ziemi mniej było planowej gospodarki człowieka, większość zdarzeń dokonywała się w odwiecznym rytmie pór roku - wiosny, kiedy wszystko rozkwita, dojrzewa w lecie, rodzi w jesieni i zamiera w zimie. W Europie czy Ameryce pożary zabierały ogromne połacie starego lasu, ale na jego miejscu w sprzyjających warunkach natychmiast wyrastały młodniki, bogate w jeżyny, poziomki, maliny i grzyby, stary las miał zdecydowanie mniej darów do ofiarowania. Delikatne listki, jasne przecudne polany, radość wzrostu, młody las to życie w pełnym radości rytmie. Stary las to odwieczny mrok i obszary lęku, mateczniki grubego zwierza i butwiejące liście. Potrzebny zarówno stary las jak młody i jasne prześwietlone światłem polany i ogromny ocean i morze, rzeka a nawet obszary bagien, chociaż powietrze tam ciężkie. Nie wiem czy konieczna pustynia i ogromny lodowiec... chyba też potrzebne, bo tak stworzono ziemię, że krąży i są obszary, gdzie światła słonecznego za dużo, albo za mało....
Efekt cieplarniany - co go powoduje, czy przebiegunowanie Ziemi, to niewielkie odchylenie, które spowodowało, że więcej promieni słonecznych sięga do lodowców Arktyki, czy wyżarzanie które dokonuje się na słońcu, czy powolne zwiększanie masy Ziemi, czy wszystkie te przyczyny razem...czy nasi inżynierowie znajdą sposób na przeciwstawienie mu się. Cokolwiek by to nie było wiele jeszcze pokoleń ludzi i ich braci zwierząt cieszyć się będzie słonecznym latem, bogatą w dary jesienią, trudną zimą....Na prastarej Ziemi mniej było planowej gospodarki człowieka, większość zdarzeń dokonywała się w odwiecznym rytmie pór roku - wiosny, kiedy wszystko rozkwita, dojrzewa w lecie, rodzi w jesieni i zamiera w zimie. W Europie czy Ameryce pożary zabierały ogromne połacie starego lasu, ale na jego miejscu w sprzyjających warunkach natychmiast wyrastały młodniki, bogate w jeżyny, poziomki, maliny i grzyby, stary las miał zdecydowanie mniej darów do ofiarowania. Delikatne listki, jasne przecudne polany, radość wzrostu, młody las to życie w pełnym radości rytmie. Stary las to odwieczny mrok i obszary lęku, mateczniki grubego zwierza i butwiejące liście. Potrzebny zarówno stary las jak młody i jasne prześwietlone światłem polany i ogromny ocean i morze, rzeka a nawet obszary bagien, chociaż powietrze tam ciężkie. Nie wiem czy konieczna pustynia i ogromny lodowiec... chyba też potrzebne, bo tak stworzono ziemię, że krąży i są obszary, gdzie światła słonecznego za dużo, albo za mało....
wtorek, 22 października 2013
Opowiadania
Ryba
Nie przepadam za rybami, ale czasem mam ochotę na zakup
czegoś konkretnego i uznanego za konieczne uzupełnienie posiłku. Zakupiłam
więc rybę, okazałego dorsza, szczęśliwa
wróciłam do domu. Rozpakowałam dorsza, obejrzałam z każdej strony, zapach miał
dosyć intensywnie rybny, ale lśniące łuski przekonały mnie, że do spożycia się
nadaje. W momencie kiedy rozpoczęłam filetowanie rybki wszedł mąż. Coś ty
kupiła- zakrzyczał, śmierdzi w całym domu, wyrzuć to natychmiast.- To ryba, dorsz, wiem, że lubisz, chciałam ci
zrobić niespodziankę- Nie będę jadł
żadnej ryby, dlaczego dorsz, z morza, nie kupuje się ryby z morza.- Chwycił dorsza i włożył do zamrażarki. – Masz
babo placek, myślę, trzeba było kupić ciasto. Trudno. - Odczekałam 5 minut i wyjęłam rybkę z
zamrażarki. Obrażony mąż krzyczał jeszcze, że chcę nas wszystkich potruć, że w
samochodach nie mają zamrażarek… A ja rozmyślałam, rybka o piątej rano wyjechała
od rybaków, teraz czternasta, jesień, dzień dosyć chłodny. Wyjęłam
dorsza z zamrażarki, żadnego zapachu już nie poczułam, umyłam skropiłam
cytryną, oprószyłam mąką i wrzuciłam na patelnię. Obsmażyłam konkretnie z
każdej strony, wyjęłam chleb i zjadłam jeden kawałek, smaczny był. Ale
mężowskie gadanie zrobiło swoje, kiedy rozpoczynałam drugi kawałek, zaczął
wydawać mi się nieco słodkawy, czy dorsz może być słodki, może faktycznie
nieświeży. Trudno zjadłam drugi kawałek i resztki wyrzuciłam kotom. Nigdy nie
przepadałam za rybami. Męża nie próbowałam częstować.
Ekstremalna zjeżdżalnia
Wybraliśmy się na urlop do znanej miejscowości turystycznej.
Tam poszliśmy na termy, to teraz takie modne kąpiele lecznicze. Zachwyciły nas
tam baseny z ciepłą wodą i bąbelkami były też baseny z falą, kryte i pod gołym
niebem, oświetlone z możliwością oglądania filmów i programów telewizyjnych. Fale
nie miały barierek, i trudno było stamtąd wyjść, komuś, kto nie umie pływać. Młodzież
korzystała ze zjeżdżalni, również tych ekstremalnych, czyli dosyć
niebezpiecznych dla laika. Wybraliśmy się i my na zjeżdżalnię, ta z której
zjeżdżało się na kołach wydawała nam się niebezpieczna, poszliśmy więc wyżej w
kierunku ekstremalnej, kiedy przekroczyliśmy poziom trzeciego piętra
wystraszyłam się - nie jadę - mówię do męża- wracam- i szybko, żeby nie zdążył mnie zatrzymać zbiegłam
po schodach na dół. Z ciekawością obejrzałam wylot każdej ze zjeżdżalni, koła
wypływały łagodnie, czerwona zjeżdżalnia wyrzucała amatorów kąpieli leciutko.
Zielona za to z wielkim hałasem i wodospadem fali. Tutaj zaczekam, pomyślałam,
nie wiedziałam z której zjeżdżalni ( w ciemnej rurze ) skorzysta mąż.
Zanurzyłam nogi w brodziku. Wtedy podszedł do mnie ratownik,- niech pani stąd odejdzie - powiedział - tutaj są tylko zjeżdżający, nie wolno moczyć
nóg, niech pani sobie wyobrazi, że zjeżdżający wpada na panią, może złamać
nogę - Niemożliwe, żeby tutaj go wyrzuciło - ,
pomyślałam. Ratownik odszedł, stanęłam przy brodziku, czerwona rura wyrzucała
śmiałków bezpiecznie, z ekstremalnej zielonej wychodzili nieco przerażeni, ale
wychodzili na własnych nogach. Nagle zobaczyłam męża, wyrzuciła go zielona
rura, leżał na dnie brodziku, nie ruszał ręką ani nogą - To niemożliwe, żeby się utopił,- pomyślałam - ile czasu tam się zjeżdża, dwie minuty?, może?
- skoczyłam do brodziku, chwyciłam go za
ramiona, a może raczej za głowę, żeby wydobyć ją jak najszybciej spod wody - pomóżcie chłop mi się utopi.- wykrzyczałam do radosnych turystów spod zjeżdżalni- gdzie ratownik- nie dawałam rady postawić męża na nogi. Na
szczęście ratownik był blisko i podszedł
do nas. Udało mu się postawić męża na nogi i wyciągnąć na brzeg gdzie szybko
odzyskał przytomność. Przygoda z ekstremalną zjeżdżalnią na długo pozostanie w
naszej pamięci.
poniedziałek, 30 września 2013
Jasna Góra
Był rok 1956, moja mama pojechała do Krakowa na przyjęcie z okazji I Komunii córeczki swojego brata. Miała już wracać, wtedy bratowa powiedziała, wiesz Stefciu w Częstochowie wielka uroczystość, może tam wstąpisz. A to po drodze? zapytała mama. Wyjaśnili więc dokładnie jakim pociągiem dojedzie, pomogli wejść do pociągu, trochę sie obawiając o zdrowie mamy, bo była w widocznej już ciąży.Ale Matka Boża z Jasnej Góry mogła tylko dopomóc. Wysiadła więc mama w Częstochowie i udała się do Czarnej Madonny. Zdziwiła się - tylu ludzi tam zmierza, pomyślała, alejka była zatłoczona. Na dziedzińcu przed Bazyliką ludzi był już tłum, każdy chciał zobaczyć obraz, chciał uzyskać błogosławieństwo przez kontakt wzrokowy z Matką wszystkich ludzi. Mamie udało się wejść do środka. Przy niej stała rolniczka z okolic Jabłonowa Pomorskiego którą poznała w drodze na Jasną Górę. Ludzie napierali, było duszno, w pewnej chwili mama straciła kontakt z rzeczywistością, zemdlała. Kobieta z którą szła wystraszyła się, że będzie się musiała mamą opiekować i wycofała się w tłum, a tłum ją wchłonął. Kiedy mama się ocknęła usłyszała jak ktoś mówi, biedna, by ją zadeptali. Kogo by zadeptali, zapytała wystraszona, gdzie ta pani co ze mną szła? Ale ludzie nie wiedzieli, zapytali, czy da sobie radę.- Dam radę, dam - mama wpatrywała się w obraz. - Gdzie tamta pani, kogo zadeptali,- kołatało się w jej zmęczonej głowie, miała teraz więcej miejsca, bo ludzie widząc ciężarną ustawili ją w bezpiecznym miejscu, a ona nie mogła się uspokoić, nie mogła skupić się na modlitwie. Później wyszła na powietrze, podziwiała otoczenie Jasnej Góry i szukała przygodnie spotkanej kobiety. Do głowy jej nie przyszło, że to ona potrzebowała pomocy. Następnym pociągiem dojechała do Torunia a stamtąd wróciła już do domu. Na szczęście na stacji czekała rodzina, mogła bezpiecznie wrócić do domu. Wyjazd był daleki i bardzo stresujący, pierwszy też raz mama znalazła się w ogromnym tłumie ludzi. Stan błogosławiony, zmęczenie i stres nałożyły się na silny stan lękowy. Na szczęście dziecko urodziło się zdrowe.
sobota, 28 września 2013
Dziki
Od dziesięciu lat po osiedlu w którym mieszkam jesienią wędrują dziki. Niegdyś podchodziły pod śmietniki, odkąd jednak śmietniki obudowano ryją pod drzewami, najchętniej w bujnej w trawie. Szukają tam pożywienia. Wiadomo, że ich naturalne żerowiska się wyraźnie z każdym rokiem zmniejszają, bo powstają nowe osiedla. Ostatnio odbiera im się teren po byłym poligonie. Powstaje tam centrum technologiczne, a to od końca lat dziewięćdziesiątych było ulubione miejsce dzików i grzybiarzy. Na moim osiedlu zwierzęta te bardzo polubiły trawnik przy szkole i przedszkolu. W tym roku przekopały go dokładnie. Ale zawiadomiono już odpowiednie służby i teraz wieczorami w miejscach skąd wychodzą z głebokiego leśnego jaru słychać strzały z broni palnej. Albo są odławiane, albo odstraszane tylko. W niektórych miejscach ustawia się na nie klatki z pułapką. Ludzie jak ludzie, niektórzy dziki dokarmiają i mówią, że niegroźne, że jak z gołębiami da się z nimi mieszkać, ale większość boi się wieczorem przechodzić przez ich ulubioną łączkę przy szkole. A dzieci mają i wieczorem zajęcia pozalekcyjne, powiedzmy do dwudziestej... Do przedszkola natomiast matki prowadzą dzieciaki już na szóstą rano. Znajomi opowiadają, wczoraj widziałem watachę złożoną z dziesięciu dzików, a ja sześć widziałam. Mogą być niebezpieczne, jak się je podrażni, nie boja się ani ludzi ani samochodów...Dziku, dziku wracaj w knieje, każdy ci to powie, człowiek ciebie nie udomowi. Taki to problem dzikowy powtarza się każdej jesieni. Podobno odłowione wywozi się do puszczy, ano niech tam żyją pod prastarymi dębami, a nasze osiedle jak najrzadziej odwiedzają.
niedziela, 22 września 2013
Wiersze
Stygmaty
Nieustanne zmaganie się z bólem, dni a czasem lata
takie same, ubogie w wydarzenia.
Z ciałem coraz lżejszym,
bardziej ulotnym,
nieobecny spojrzeniem
cierpi człowiek.
To odwieczny Chrystus
pokazuje bolesne rany
stóp i dłoni i nie ma
lekarza który wyleczy,
uśmierzy ból na dłużej.
Kolejny dzień spotkania
z cierpiącym człowiekiem
to stygmaty które nosisz odtąd
w sercu.
cierpi człowiek.
To odwieczny Chrystus
pokazuje bolesne rany
stóp i dłoni i nie ma
lekarza który wyleczy,
uśmierzy ból na dłużej.
Kolejny dzień spotkania
z cierpiącym człowiekiem
to stygmaty które nosisz odtąd
w sercu.
HL
Umieranie
Stary człowiek
niknie za zasłoną bólu,wypłakuje morze łez,
jest bezradny i pełen lęku.
Anioły opiekuńcze
czuwają przy kołyskach
ochoczo biegają do szkoły.
Dużo ich tam gdzie życie
toczy się w całej pełni,
gdzie rozkwitają myśli
i spełniają się marzenia.
Stary człowiek ma tylko
jedno pragnienie
- Boże zabierz ból
i troskę jedną
-czy wystarczy na kolejne
niepewne lekarstwa.
Modli się dużo,
ale nawet modlitwa
nie zsyła nadziei.
Dlatego o starość
bez bólu proszę
nieustannie,
żeby oczy do końca
zachowały blask
a dusza marzenia.
HL
- oczywiście Eleni
to długo się nie zmieni
Dobrze, że jest
You Tube
zaglądam tam często
muzyka uspokaja.
Zmęczony dzień
łagodnie wpływa
w sen...
HL
wtorek, 6 sierpnia 2013
W Pszczelim Raju...
W Pszczelim Raju…
Był piękny wiosenny dzień, jak słodko
pachniały rozkwitłe kwiaty wiśni. Wśród kwiatów uwijały się małe
brązowo-złote pszczoły. Alicja stanęła
pod drzewem, brzęczenie było bardzo miłe, pszczółki miododajne pracowały bez
wytchnienia wśród kwiatów. Od wielu lat usiłowały też zrobić sobie gniazdo w
starej drewutni u sąsiada Rataja. Ale ten miły pan nie lubił owadów. Po
ogrodzie biegała z piłką jego mała córeczka Amelka, mogła niechcący stanąć na
pszczółkę, ukąszenie broniącego się
owada mogło być nawet bolesne. Teraz też Rataj wypatrzył, że pszczoły robią
sobie gniazdo między dwiema odchylającymi się deskami pod dachem drewutni.
Amelka rzucała wysoko kolorową piłkę, pszczółki brzęczały radośnie wśród
kwiatów.
Nadszedł wieczór, cała rodzina pszczela
sadowiła się w dzikim ulu w drewutni, nie domyślając się niebezpieczeństwa. A
ono było już bardzo blisko. Rataj przeciągał ogrodowy wąż do podlewania kwiatów
w stronę miejsca, gdzie ulokowały się pszczoły. Za chwilę zimny strumień wody
dosięgnął ula. Chociaż był wieczór,
zagrożone pszczółki zaczęły wylatywać z gniazda, niezdarnie obsiadły pobliskie
drzewa. Dzieło zniszczenia było ogromne, mimo to następnego dnia ocalałe z
pogromu owady, nadal radośnie brzęczały wśród kwiatów wiśni.
- Mamo, pszczoła. Popatrz tutaj i tutaj !
- Amelka pokazywała palcem kwiatki…
Rataj
uśmiechał się chytrze, czekał na wieczór, a kiedy pszczółki na nowo usadowiły
się w prowizorycznym ulu, przystawił do ściany drewutni wysoką drabinę i
uzbrojony w zakupiony w miejscowym supermarkecie środek owadobójczy na osy,
pszczoły i szerszenie, wspinał się po drabinie. Za chwilę rozpylił gęsty
strumień gazu w widoczny otwór. Dzieło zniszczenia wydawało się być dokonane.
Następnego dnia wśród kwiatów wiśni,
można było zobaczyć już nieliczne tylko pszczoły. Sąsiad Rataj znów
wspinał się po drabinie, tym razem przed sobą na brzuchu zawiesił wiaderko z
zaprawą murarską, którą dokładnie zakleił
wszystkie szpary. Ul został unicestwiony bezpowrotnie.
Amelka
biegała z piłką. Z pobliskiego
krzewu bzu dobiegało gwizdanie
zdziwionego
kosa.
- Zły człowiek zamieszkał, pszczoły
wyginęły !
To
samo powtarzały sobie wróble, sójki,
jaskółki, a nawet sroki i gołębie, które czasem odwiedzały ogród.
- Nie będzie miodu - pisnęła mała myszka,
która często odwiedzała spiżarnie i widziała w różnych domach słoje ze
złocistym miodem.
- Miodu nie będzie - popiskiwała smutno.
W
nocy Alicja śniła maleńką brązowozłotą pszczołę.
- Gdzie jesteś pszczółko?
Śniła, że jest duszkiem pszczelim, siedzi
w samochodzie i jedzie na letnisko. Stoi tam wiele ślicznych kolorowych
domków. Puste od jesieni do czerwca domki z cienkimi ścianami z różnych
materiałów są ocieplane drewnem lub
płytą pilśniowa, przez co zyskują
podwójne ściany i mają mnóstwo cudownych zakamarków. Mają też niezbyt szczelne
drzwi i okna, bo wiadomo, że tam
zjeżdżają się rodziny latem, a wtedy jest ciepło. Te domki, to ulubione
miejsce zakładania gniazd przez różne owady. Alicja zobaczyła, że Zyzy ciotka małej pszczółki Bzy, tam była w domku nad jeziorem Mamry w
krainie Wielkich Jezior Mazurskich. Miała śliczne gniazdo w starej szafce nad
drzwiami. Rozpoczynał się miodowy sezon, pszczółki z ula wylatywały radośnie do
sosnowego lasu, kołysały się na wrzosowych łodyżkach.
Świeciło
słońce, czasem padał drobny deszcz, wtedy nie wychodziły z szafki nad drzwiami.
Ul był wypełniony miodem, woskiem i krzątaniną pszczelej rodziny… Nikt nie
spodziewał się najazdu, Zyzy również, tak tam było cicho i prześlicznie. Czuła się
bardzo bezpiecznie. Tymczasem coraz bliżej był samochód z pieskiem i rodzinką
Lutniaków. Wkrótce auto wypełnione gwarną
zgrają stanęło na letnisku. Weszli do domu i przede wszystkim obejrzeli
zakątki.
- No i mamy gości – skontaktował pan
Lutniak.
- Ano mamy - stwierdziła pani Lutniakowa.
- Dzieci idźcie się bawić ! - zawołali i zgodnie poszli do samochodu, gdzie między rzeczami
umieścili przezornie różne spraye na owady, nie pierwszy raz mieli takich
gości. Porządnie wypryskali cały domek, a sami pojechali do pobliskiego
miasteczka na hot-dogi. Pogoda była prześliczna, w ulubionej przez wszystkich
kawiarni miasteczka zebrało się letniskowe towarzystwo, byli tam nawet ich
znajomi, dzieci więc mogły sobie odnowić ubiegłoroczną przyjaźń. Huśtały się
wesoło na placu zabaw, galopowały na
konikach,
wspinały się po ściance, niczym mali taternicy. Trzy godziny minęły szybciutko.
Wracali w radosnych humorach. Po powrocie pani Lutniakowa pootwierała wszystkie
drzwi okna, a rodzina zgodnie wymiatała martwe pszczoły, składając je na
przygotowanych na ognisko drwach. Potem wszyscy śpiewali wesoło i piekli
kiełbaski osadzone na patyczkach. Po pszczółkach nie pozostało już ani śladu.
Nikt nie widział, jak do Pszczelego Raju
ulatywały ich malutkie duszyczki.
Podobnie było nad naszym błękitnym
Morzem Bałtyckim, otwierającym od północy żeglowanie statków do innych krajów,
a nawet na cały świat. Tam małe pszczółki odurzone sprayami na owady wyleciały
z domków na plaże… piasek był mokry, posiadały na piasku i już nie miały sił
się podnieść. Leżały jak martwe na plaży, były głodne, nie miały gdzie wrócić,
ich ule zostały doszczętnie zniszczone przez letników i było już za późno na
założenie nowych. Alicja była pszczelim duszkiem, widziała te miejsca oraz
wiele innych i płakała. Bo biedne pszczoły nie tylko nie mogły zrobić sobie
domku, ale zagrożeniem były dla nich opylane środkami owadobójczymi pola, lasy
i łąki. Jakby zabrakło im opieki Boga. I nagle zobaczyła, że nie tylko ludzie
byli dla pszczółek zagrożeniem, wyłapywały je też niektóre ptaki, a położoną na
uboczu prawdziwą pasiekę zaatakowały szerszenie. Jak bardzo broniły się wtedy pszczoły ! Ale
szerszeni było dużo i pasieka została okrutnie pobita.
Potem Alicja wzniosła się na
prawdziwych skrzydłach do Pszczelego Raju i zobaczyła tam prawdziwego Ducha Pszczół. Świeciło słońce,
rosły stare drzewa ze wspaniałymi dziuplami, stały również ule jakby
sporządzone przez ludzi. Niektóre były bardzo pięknie ozdobione, ich
zwieńczeniem były korony kwiatów, takich jak ; tulipany, róże, słoneczniki,
kwiaty wiśni, chabru, akacji, czeremchy oraz wielu innych pachnących roślin.
Natomiast pozostałe wyglądały jak domy, też były bardzo funkcjonalne, a jeden z
uli był w kształcie wiatraka, inny znów w kształcie starej dzwonnicy
kościelnej. A także można było zauważyć ul wyrzeźbiony w postaci krasnalka
ogrodowego - a w każdym była cała pszczela rodzina, Królowa Matka, robotnice i
trutnie, które siedziały sobie w ulu i czekały, aż robotnice przyniosą im
jadło. Były naprawdę bardzo leniwe, ale to dzięki nim Królowa Matka mogła
znosić wielkie ilości jajeczek, z których wykluwały się potem małe pszczółki.
Królowa mogła złożyć nawet około
trzech
tysięcy jajeczek dziennie, z których po trzech dniach powstawały larwy. Żywiły się one mleczkiem
pszczelim i bardzo szybko rosły. Następnie pojawiały się poczwarki pszczele,
które stawały się już prawdziwymi pszczółkami, miały nawet skrzydła, ale
jeszcze słabo wykształcone. Żeby dorosnąć, musiały sobie w ulu dobrze podjeść
przygotowane przez robotnice jedzenie.
Wtedy zaczynało tętnić życie w ulach i całym Pszczelim Raju.
Robotnice wiele razy dziennie wylatywały szukać miododajnych ziół i kwiatów. Jedne leciały więc na Rajskie
łąki
i stamtąd przynosiły pełne naręcza pyłku z jasnoty, mniszka lekarskiego, chabru
łąkowego, dziurawca , łubinu. Inne leciały do sadów, gdzie huśtały się na
kwiatach rozkwitłych drzew : czereśni, wiśni, jabłoni, śliwy. Jeszcze inne
leciały do lasu skąd przynosiły pyłek z sosny, świerka i modrzewia. Na Rajskich
łąkach, polach i sadach nie było żadnych zagrożeń ani od ludzi, ani od ptaków
czy innych owadów. W powietrzu unosił się słodki zapach nektaru. Pszczoły
pracowały zgodnie ze swoim stanem. Jednym z ważnych zadań które wykonywały było
zapylanie przez robotnice drzew, które dzięki temu rodziły owoce, poza tym
robiły miód.
Dobrze
tam było Alicji, żywiła się pyłkiem pszczelim, spadzią, miodem i owocami. Ale ten stan nie mógł trwać wiecznie, musiała
wrócić na ziemię.
- Gdzie byłaś? - pytali znajomi.
Uśmiechnęła się wtedy tajemniczo.
- Nie uwierzycie, byłam w dalekiej
podróży. Nikt nie uwierzyłby, gdybym
powiedziała, że w Pszczelim Raju.
- Pięć lat? To była bardzo długa
podróż. Najważniejsze że wróciłaś -
cieszyli się.
- A nas spotkało tyle nieszczęść.
Wyobraź sobie, z okolicy wyginęły wszystkie pszczoły, nie wiadomo dlaczego. Nie
mamy miodu, ostatnie zapasy zjedliśmy w ubiegłym roku. Ale to jeszcze nic,
drzewa owocowe nie obrodziły, nie ma w okolicy wiśni, jabłek, śliwek, gruszek,
warzyw też nie będzie. Miejscowi pasiecznicy szukają choćby jednego roju, ale
do dzisiaj na próżno.
- Czy tam gdzie przebywałaś były
pszczoły? - Alicja uśmiechnęła się.
- Jeszcze ile –pomyślała, ale to
było w Pszczelim Raju.
- Człowiek zawinił i teraz zbiera
owoce złego postępowania –powiedziała.
- Wiecie co, pomogę Wam odnaleźć
pszczoły, może nie wszystko stracone, trzeba wybrać się w takie miejsce, gdzie
nie ma letników, gdzie wieś i
miasto
się kończy, gdzie nie opyla się ziemi środkami owadobójczymi. Jest nadzieja, że
nie wszystko stracone.
-
A ta sałatka z liści lebiody całkiem smaczna - dodała.
- Dobrze, że jeszcze lebioda została. Ale jutro wybierzemy się w nową podróż,
pojedziemy poszukać pszczelich rojów, to nie będzie łatwa wyprawa. Tak tęsknię
za kromką chleba z miodem lipowym. A wy co wybieracie? Może wrzosowy będzie
smaczny, a dla dzieci rzepakowy, bo jest bardzo słodki i świetnie rozsmarowuje
się na kromkach. Jak znajdziemy roje i przeprosimy pszczoły za błędy ludzi,
które spowodowały ich wyginięcie w naszej okolicy, to powstaną tutaj nowe
świetnie prosperujące pasieki. Taki prawdziwy Pszczeli Raj.
Helena Murawska - Lenckowska
poniedziałek, 22 lipca 2013
Skarby
Miłośniczką książek byłam od zawsze, kupowałam je w księgarniach i antykwariatach. Te z księgarni pachniały farbą drukarską, antykwaryczne nabytki natomiast niosły w sobie różne zapachy, farba już wywietrzyła się, pachniały więc kurzem, czasem pleśnią, jak były źle przechowywane. Czasem niosły zapach kuchni albo stryszku czy szafy. Ale nie zapach się liczył, do odkrycia pozostawała bowiem treść lub fabuła. Odkryć można było czasem coś jeszcze - stare zdjęcia albo listy, czy rachunki które roztargniony właściciel pozostawił między kartkami, bo książki często służyły jako schowek dla takich pamiątek i jak antykwariusz nie zauważył "skarbu" przy sprzedaży nie odnalazł już właściciela. Przygodny kupujący stawał sie więc właścicielem książki z wkładką. Ale co zrobić ze starym listem czy zdjęciem, wyląduje w koszu, a jak kupującego zainteresuje to je gdzieś w swoich albumach przechowa i bedą się potomkowie zastanawiać długo, kto to jest na tym zdjęciu. A to zdjęcie to na pewno z lat dwudziestych, co to za wojsko było? Może koledzy dziadka, taty lub mamy - zamknie historię.
piątek, 19 lipca 2013
Skrzydła
Na co aniołom skrzydła?
Ano po to, żeby mogły latać,
żeby mogły szybko przemieszczać się
po światach, niebach i zaświatach.
I na co jeszcze skrzydła?
Ano żeby mogły się nimi wachlować
w dni upalne, okrywać w zimie.
Tak przyjemnie pod pierzynką z pierza
marzą sobie anieli, a dookoła
pola całe w bieli...
Taki anioł, duszek świetlisty
utkany z marzeń jakże oczywistych
pomaga czasem w potrzebie -
przytuli myśli smutne,
szepnie do ucha zabawny wierszyk.
Swoje istnienie udowodnione
w Piśmie Świętym potwierdza
otulając małe i duże dzieci
światłem nadziei i miłości.
Miło jest anioły w sercu gościć.
Ano po to, żeby mogły latać,
żeby mogły szybko przemieszczać się
po światach, niebach i zaświatach.
I na co jeszcze skrzydła?
Ano żeby mogły się nimi wachlować
w dni upalne, okrywać w zimie.
Tak przyjemnie pod pierzynką z pierza
marzą sobie anieli, a dookoła
pola całe w bieli...
Taki anioł, duszek świetlisty
utkany z marzeń jakże oczywistych
pomaga czasem w potrzebie -
przytuli myśli smutne,
szepnie do ucha zabawny wierszyk.
Swoje istnienie udowodnione
w Piśmie Świętym potwierdza
otulając małe i duże dzieci
światłem nadziei i miłości.
Miło jest anioły w sercu gościć.
poniedziałek, 8 lipca 2013
Poidełka
Lato gorące, cudowne słońce - dla orzeźwienia kupujemy w sklepie spożywczym wodę mineralną albo inne napoje, a tymczasem nasi mniejsi bracia ptaszki, kotki i inne stworzenia otwierają z pragnienia dziobki i pyszczki. Kotki chowają się w cieniu, ptaszki lecą do strumyka w lesie być może, bo w zasiegu wzroku żadnej rzeczki ani źródełka nie widać. Dokarmiamy, owszem bezpańskie kotki, gołębiom oddajemy chleb, a mało kto pomyśli o wystawieniu miseczki z wodą. A gdyby tak ustawić ładne poidełka już gotowe, tylko pilnować, żeby tam woda była. Dla kotów pod blokami, gdzieś u szczytu budynku, i dodatkowo zraszacze trawy na trawnikach. To by się dopiero ptaszki ucieszyły...Myślę stawiając miseczkę z wodą pod blokiem. Bo nasi mniejsi bracia tak samo jak my odczuwają głód i pragnienie. Co prawda znajoma pani C. która od lat dokarmia gołębie narzeka mocno, że leniwe się zrobiły przez to dokarmianie. Robaczka tłustego zobaczyła na balkonie, obok gołąbek łepek przekrzywiał, ale robaczka nie próbował schwytać. Czekał na ziarno.
piątek, 5 lipca 2013
Opowiadanie
Grzesio
W życiu nic
nie osiągniesz, jak nie będziesz walczyć o swoje, uczyli Grzesia rodzice. Grzesio
od dziecka więc uczył się jak uczynić bliską sobie przestrzeń poddaną. Kiedy był
mały wystawiał małe piąstki i inicjował nieduże potyczki z kolegami. Czasem
przegrywał, to było bardzo bolesne, natomiast triumfu wygranej nikt mu nie mógł
odebrać. Nauczył się chodzić środkiem chodnika z rozstawionymi na boki
łokciami, dopóki był mały odskakiwał na brzeg chodnika kiedy zbliżali się dorośli, ale jak dorósł
dorośli musieli usuwać się na boki, inaczej dostawali bolesnego kuksańca od
zadziornego spacerowicza. Z autobusu wyskakiwał tak szybko, że potrącał ociągające
się babcie i dziadków. Jedynie matki z małymi dziećmi były bezpieczne, bo o ile
na widok dorosłego czy podrostka serce Grzesia twardniało jak stal, o tyle małe
dziecko wywoływało fale żywiołowej, nieposkromionej radości, tak jakby zawłaszczał
sobie mały umysł. Były chwile radości
nieposkromionej, ale przy dłuższej zabawie Grzesio szybko się męczył i odsyłał malucha mamie, czasem usiłował
wychowywać, wtedy nieuchronne były klapsy i radość nieposkromiona ulatywała, a w jej miejsce przychodziła irytacja. Na szczęście maluchy są rozumniejsze od
podrostków i słuchają starszych. Ambicją Grzesia były więc od dziecka osiągnięcia.
Kiedy dorósł zauważył, że ma wiele „ponadczasowych myśli”, niektóre swoje, inne
zawłaszczone prosto z umysłów przyjaciół więc zaczął pisać. To było cudowne
odkrycie, jego człowieczeństwo zostało potwierdzone, wkrótce wydał pierwszy
własny tomik wierszy. Wzruszenie i pewność, że jest istotą szczególną sprawiły,
że odsunął od siebie wszystkie zajęcia
domowe i zatrudnił się w bibliotece. Ale
wbrew pozorom, nie zyskał tam więcej czasu na pisanie, czytelnicy niektórzy
byli irytujący… Nawyków nie zmienił, nadal wyskakiwał z autobusu jakby go kto
gonił i szeroko rozstawiał łokcie w czasie spacerów. Ale kto by zwracał uwagę
na takie drobiazgi.
Poranne zamyślenie
Na działkach zielono, bo deszcz padał przez kilka ostatnich dni, uwijają się i brzeczą tam pszczoły i inne owady mimo niecnych i podstępnych działań właścicieli ogródków w których usiłowały się zadomowić. Jeszcze się uwijają, ale konieczne są apele o ochronę szczególnie pszczółek, bo osy rzadziej lokują się przy domkach, częściej bezpośrednio w ziemi. Na przykład pod krzakami gęstego ligustru można się czasem natknąć na gniazdo os. I zdaje się tam sa bezpieczne. W tym roku sezon na dyniowate. Posadzona w porę cukinia pięknie zaściela spory teren na grządkach i nie wymaga pielenia. Fasolka udaje mi się zawsze, nie ma większych wymagań glebowych. Z rzodkiewkami kłopot mam, bo często wyrastają mi w nasiona. Groszek posadzony na placyku po ognisku jesiennym ma śliczne strąki. Można sobie ognisko jesienne rozkładać w kilku miejscach, tam gdzie planuje się wiosną grządki i nie trzeba już potem nawozić. Soboty i niedziele we własnym ogródku to czas relaksu, spotkań z przyjaciółmi, to też miejsce zabaw dla dzieci i wnuków licznych posiadaczy działek. Ale i na osiedlu coś się zmienia na lepsze, budują nam nowy plac zabaw i na trasie wzdłuż ulicy między przystankami ustawione zostały ławki. Już nie bezpośrednio pod blokami, bo wieczorami zasiedlała je młodzież, ale na trasie spacerowej. To dobrze, dotychczas jedynym miejscem wypoczynku dla spacerowicza była ławka na przystanku autobusowym. Tęsknię za urlopem, ale nie mam kiedy go wziąć, w drugiej połowie sierpnia dopiero. A może skusić się na kilka dni w lipcu?. Nie mąż też bierze urlop w sierpniu. Planujemy wyjazd na pielgrzymkę. Miła wiadomość dla wszystkich katolików jest taka, że ojciec Rydzyk otrzymuje koncesję dla TV TRWAM. Tym razem się udało, wiele marszów i petycji w obronie TV TRWAM zadziałało.
poniedziałek, 1 lipca 2013
Bajki
Mała pszczółka Bzy
Był piękny wiosenny dzień, jak słodko pachniały
rozkwitłe kwiaty wiśni. Wśród kwiatów uwijały się małe brązowo-złote pszczoły. Stanęłam pod drzewem, brzęczenie
było bardzo miłe, pszczółki miododajne pracowały bez wytchnienia wśród kwiatów.
Od wielu lat usiłowały też zrobić sobie gniazdo w starej drewutni u sąsiada
Rataja. Sąsiad Rataj jednak nie lubił owadów. Po ogrodzie biegała z piłką jego
mała córeczka Amelka, mogła niechcący stanąć na pszczółkę, ukąszenie broniącej się kruszyny mogło być
nawet bolesne. Teraz też wypatrzył że
pszczoły robią sobie gniazdo między dwiema odchylającymi się deskami pod
dachem drewutni. Amelka rzucała wysoko
kolorową piłkę, pszczółki brzęczały
radośnie wśród kwiatów. Nadszedł wieczór, cała rodzina pszczela sadowiła się w
dzikim ulu w drewutni nie domyślając się niebezpieczeństwa. A ono było już
bardzo blisko. Rataj przeciągał ogrodowy wąż do podlewania kwiatów w stronę
miejsca, gdzie ulokowały się pszczoły. Za chwilę zimny strumień wody sięgnął do
ula. Mimo, że był wieczór zagrożone pszczółki zaczęły wylatywać z gniazda,
niezdarnie obsiadły pobliskie drzewa. Dzieło zniszczenia było ogromne, mimo to
następnego dnia ocalałe z pogromu owady nadal radośnie brzęczały wśród kwiatów
wiśni. MAMO, PSZCZOŁA, POPATRZ TUTAJ I TUTAJ. Amelka pokazywała palcem kwiatki…
Rataj uśmiechał się chytrze, czekał na wieczór, wieczorem kiedy pszczółki na
nowo usadowiły się w prowizorycznym ulu przystawił do ściany drewutni wysoką
drabinę i uzbrojony w zakupiony w miejscowym supermarkecie środek owadobójczy
na osy, pszczoły i szerszenie wspinał się po drabinie. Za chwilę rozpylił gęsty
strumień gazu w widoczny otwór. Dzieło zniszczenia wydawało się być dokonane.
Następnego dnia wśród kwiatów wiśni
można było zobaczyć nieliczne bardzo pszczoły.. Sąsiad Rataj znów
wspinał się po drabinie, tym razem przed sobą na brzuchu zawiesił wiaderko z
zaprawą murarską, która dokładnie zakleił
wszystkie szpary. Ul został unicestwiony bezpowrotnie. Amelka biegała z
piłką. Z
pobliskiego krzewu bzu dobiegało gwizdanie zdziwionego kosa. Zły człowiek
zamieszkał, pszczoły wyginęły, zły człowiek zamieszkał, pszczoły wyginęły
powtarzały sobie wróble, sójki, jaskółki a nawet sroki i gołębie które czasem
odwiedzały ogród. Nie będzie miodu pisnęła mała myszka, która często odwiedzała
spiżarnie i widziała w różnych domach słoje ze złocistym miodem… Miodu nie
będzie popiskiwała smutno.
W nocy śniłam maleńką brązowozłotą pszczołę. Gdzie
jesteś pszczółko?
Jarmark
Na placu w miasteczku rozłożyły się kolorowe
stragany. Jarmark, jarmark zakrzyknęły radośnie dzieci a i starsi mieszkańcy
ucieszyli się. Mała Zuzia wybrała się na jarmark z tatą, w kolorowej sukience i
słonecznych okularach trzymając za rękę tatę wkroczyła na jarmarczny plac gdzie
czekało tyle atrakcji. Przede wszystkim kolorowe stragany z zabawkami,
balonami, gumą do żucia, lizakami, także kioski z wyszynkiem tam stały.
Spacerowicze wybierali sobie kiełbaski z rożna, pyszne oscypki, gofry. Z prawej
strony placu kręciły się karuzele. Ustawione też były gumowe zamki –
zjeżdżalnie. Okoliczni rolnicy i właściciele kucyków urządzali przejażdżki na kucach. Pośrodku na scenie występowały znane i
lubiane zespoły. Tato wygraj dla mnie zabawkę poprosiła w pewnym momencie Zuzia
Ale te zabawki takie byle jakie, przecież masz w domu pluszaki – wybrzydzał
tata. Tatusiu zobacz jakie ładne i każdy los wygrywa… usiłowała przekonać.
Niestety rodzic pozostał nieugięty. To może pójdziemy na karuzelę, zobacz tam
jest już Ania z mamą i Mirek z babcią – wiesz ten z naszego bloku… Nie
pojedziesz na żadnej karuzeli, nie wiesz, że mam nadciśnienie… ale ja nie mam,
to nic zakręci Ci się w głowie. Pójdziemy posłuchać muzyki. Posłuchaj jak pięknie grają. Tylko nie
rozglądaj się na boki, scena jest tam… Ach Ci ludzie gapią się nie wiadomo
gdzie wszyscy. Słuchaj jak pięknie śpiewa solistka. Solistka miała silny
dźwięczny głos. W pewnym momencie poprosiła – teraz wszyscy śpiewamy refren,
powtarzajcie… Tata się nagle zdenerwował, żadnych refrenów, nie powtarzaj, ale
wszyscy śpiewają, zobacz jak się bawią… żadnych refrenów, wracamy… pociągnął
córeczkę, o mało nie łamiąc jej ręki… ale ja muszę śpiewać, chcę zostać
solistką jak ta pani, jak nie będę
śpiewać nigdy nie zostanę piosenkarką. Ale już wracali do domu mijając
stragany, budki z wyszynkiem, karuzele… To wtedy Zuzia postanowiła, że
ucieknie… Ucieknie na pewno, tylko co powie mamusia… Widok zgaszonej, smutnej
twarzy mamusi powstrzymał odważne myśli Zuzi. W końcu wracali do domu, nic
takiego się nie stało, nie musi bawić się jak inne dzieci, nie zostanie też
nigdy solistką. Po drodze spotkali kolegę taty, z jakim zapałem zaczął
opowiadać o występie znanej piosenkarki. To jest talent, a jaki głos, zachwycał
się, a kolega przytakiwał ze zrozumieniem. Ale już musimy lecieć, bo robi się
późno a autobus nie czeka. Pożegnali się i pobiegli w kierunku przystanku.
środa, 19 czerwca 2013
MISTRZOWIE LITERATURY
W Dyskusyjnym Klubie Książki przyszedł czas na przerwe wakacyjną, wykorzystując wolny czas napisałam krótką recenzję czerwcowej lektury.
AMOS OZ
Amos Oz to literacki pseudonim Amosa
Klausnera, izraelskiego pisarza i eseisty który urodził się 4 maja 1939 roku w
Jerozolimie i dorastał w kibucu Hulda. Tam ukończył szkołę średnią, następnie służył w wojsku i po zakończeniu
służby ukończył historię literatury i filozofię na Uniwersytecie Hebrajskim w
Jerozolimie. Po studiach wrócił do pracy w kibucu gdzie pracował jako rolnik.
Książka „Sami swoi” wyrosła więc z jego
osobistych doświadczeń. Amos Oz jest uważany za najwybitniejszego pisarza
izraelskiego, za swoje utwory
otrzymywał wiele nagród i jest jednym z faworytów Literackiej nagrody
Nobla także od wielu lat działaczem na rzecz pokoju między narodami. W Polsce e
jego twórczość jest znana, między innymi otrzymał Doktorat Honoris Causa
Uniwersytetu Łódzkiego
„Wśród
swoich” to osiem opowieści których
fabułą są losy społeczności żydowskiej zgromadzonej w kibucu Jikhat. Książkę
wydało wydawnictwo „Rebis” w 2013 roku. Kibuc to szczególne miejsce, najlepszym
porównaniem dla tego miejsca jest „komuna”, a więc opisuje Oz życie Żydów w
komunie, gospodarstwie kolektywnym, gdzie każdy ma z góry określone obowiązki,
gdzie wszystkie sprawy, również rodzinne rozstrzyga się na zgromadzeniu
wybranej starszyzny, a dzieci wychowują
się w dziecińcu, tam śpią, uczą się, bawią. Z rodzicami mają kontakt
ograniczony. Dzieje się tak zgodnie z zasadą, że dzieci należą do wszystkich.
Amos Oz który sam wychował się w kibucu jest wrażliwym i doskonałym
psychologiem, w opowieści „Chłopczyk” opisuje małego Juvala który jest
dzieckiem lękliwym, nieśmiałym, moczy się w nocy i bardziej niż inne dzieci
potrzebuje opieki rodziców. Tymczasem Juval tak jak inne dzieci w kibucu spędza
większość czasu w dziecińcu, tam bawi się z dziećmi, tam śpi we własnym
łóżeczku i nie może przytulić się do mamy ani taty. Juval przytula więc
gumową kaczuszkę, dzieci wyśmiewają się
z niego nieustannie. Niestety dzieci są
okrutne i pewnego razu niszczą chłopcu jego zabawkę. ucieczka Juvala do
własnego domu nie sprawi, że tam pozostanie, owszem, ojciec z żalem i bólem
odprowadzi dziecko z powrotem do dziecińca, spróbuje na własną rękę wyrównać
krzywdy jakich jego syn doznał od dzieci przez co narazi się całej
społeczności i być może tylko
wychowawczynie będą się lepiej dziećmi opiekowały po tym incydencie.
Każda z opowieści Amosa Oza zasługuje na uwagę,
dzięki kunsztowi literackiemu, który
sprawia, że najbardziej błahe sprawy nabierają szczególnego znaczenia. Społeczność
kibucu jest nieduża, większość pracuje
na roli. To takie specyficzne miejsce, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o
sąsiadach, nie ma tam miejsca na intymność, domki mają cienkie ściany. Taki na przykład Cvi Prowizor z selekcji
zieleni. Samotny stary kawaler z
upodobaniem czyta prasę, a jego umysł ma szczególną właściwość, zapamiętuje
tylko złe wieści. Jego sąsiedzi omijają go więc, a nawet nazywają Aniołem
Śmierci. Osnat i Arielę z opowiadania „Dwie kobiety” natomiast połączyła miłość do jednego
mężczyzny. Rozwiedziona Osnat służy Arieli dobrymi radami, pisze do niej listy.
Natomiast Mosze Jaszar z opowiadania „Ojciec”
ma rodzinę w pobliżu kibucu i ojca w domu starców, żeby go
jednak odwiedzić musi uzyskać specjalne pozwolenie od przełożonych,
uzyskuje je i jedzie odwiedzić ojca. Z
wyjazdem za granicę jest jednak większy problem wie o tym Henia Kalisz, która
chciałaby żeby jej syn wyjechał na studia do Włoch. Tam mieszka jej młodszy
brat Artur. Jotam mógłby mieszkać u Artura,
tylko czy kibucowa starszyzna czyli walne zgromadzenie zgodzi się na wyjazd jej
syna do Włoch? Czy Jotam naprawdę chce
wyjechać, żeby być może nigdy nie wrócić
do kibucu, czy zabraknie mu odwagi…opowiadanie nie rozstrzyga tego.
Czytając
Amosa Oza poruszamy się w kręgu marzeń,
bolesnych doświadczeń, drobnych radości i tęsknot. Historie poszczególnych osób
dzieją się w kręgu gestów i myśli.
Celebrowanie codziennych czynności sprawia, że każda wykonywana praca nabiera
znaczenia, nawet jak ktoś układa roboczy fartuch żeby zasiąść do
poobiedniej herbaty. Gospodarstwo kolektywne nie jest rajem, tylko miejscem
ciężkiej, żmudnej pracy. Jego założyciele to jednak utopiści, którzy spełniają
w ten sposób marzenie o własnej, samowystarczalnej ojczyźnie. Czy są w stanie
stworzyć małej społeczności bezpieczne i przyjazne miejsce, czy przeciwnie
rozbudowana w szereg zakazów biurokracja
i wzajemne sąsiedzkie waśnie stworzą wielu czyściec, w katolickim pojęciu tego
słowa.
sobota, 1 czerwca 2013
Biografia pozytywna
Literatura pomaga przezwyciężyć słabości.
Chciałabym polecić czytelnikom „
książkę Philippe Pozzo di Borgo pt
„Drugi oddech”. Jest to jedna z lektur które omawiane były w „
Elbląskim Dyskusyjnym Klubie Książki”. Książka jest opowieścią biograficzną.
Philippe Pozzo di Borgo to francuski arystokrata, jego dzieciństwo i młodość
upłynęły w gronie rodziny wśród ciekawych wydarzeń. Pasjonuje się sportem, jest
żeglarzem i paralotniarzem, podróżuje, ma piękną i mądrą żonę Beatrice. Zostaje
dyrektorem wytwórni win i szampanów Pommery i nagle wszystko zaczyna się
komplikować. Jego żona nie może urodzić dziecka, po kilku poronieniach decydują
się więc na adopcję. Później Beatrice zachorowała jeszcze na raka. Po wielu chemioterapiach i operacji
serca rak został zaleczony więc
małżonkowie wyjechali na wakacje, tam
przypadkowe zranienie o kamień morski spowodowało powrót choroby i trwałą ranę nogi Beatrice. Philippe Pozzo był dobrym i czułem opiekunem
żony w czasie jej choroby, wówczas wydarzył się wypadek na paralotni który
odwrócił sytuację. Czterokończynowe porażenie sprawiło, że teraz on bardziej
potrzebował opieki. Uczył się wszystkiego, oddychania, przełykania pokarmów,
utrzymywania się w pozycji pionowej na wózku. Czuła opieka żony, rodziny i
przyjaciół sprawiła, że nie utracił wiary w sens życia. Na spotkaniu
zorganizowanym przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Niepełnosprawnych
opowiedział o „Drugim oddechu” jaki udało mu się dzięki żonie otrzymać. Drugi
oddech to drugie życie, zupełnie inne niż dotychczasowe. Człowiek czynu,
biznesmen i sportowiec zamienił się w człowieka refleksyjnego jak napisał
„Ponad słowami, ponad ciszą odkrywa własne człowieczeństwo. Ciało dotychczas
wynoszone pod niebiosa powoli zaciera się na rzecz odnowionego umysłu,
wzmocnionej duchowości, odruchu serca.” Chora żona nie sprostałaby sama opiece więc
ważną osobą w rodzinie Pozzów został Algierski opiekun Abdel, przyjęty
początkowo na próbę, złodziejaszek i spryciarz a nawet szef bandy w ubogiej dzielnicy stał się najlepszym opiekunem sparaliżowanego
autora. Otrzymał w zamian nowy dom,
gdzie był szanowany, lubiany i dobrze
opłacany. Co pociągnęło chorego autora w
osobowości muzułmanina Abdela? szczególnie chyba poczucie humoru,
inteligencja, to że dobrze gotuje i szybko podejmuje decyzje (konieczne w
przypadku nagłego wyjazdu do szpitala), poza tym w świecie arabskim męskie
przyjaźnie są kultywowane, mężczyzna jest ważniejszy niż kobieta, więc opieka Abdela jest solidna. Opisana przez Philippe Pozzo di Borgo
przyjaźń stała się również motywem filmu „Nietykalni” w reżyserii Oliviera Nakache'a i Erica Toledano . W
filmie, który powinien być dramatem jest wiele elementów komediowych, ponieważ czy często zdarza się przyjaźń między
bogatym arystokratą a pochodzącym z marginesu byłym więźniem? Jednocześnie jest to spotkanie
niezwykłe i podnoszące na duchu. Ukończony w 2011 roku film podobnie jak książka „Drugi oddech” ma ogromne
powodzenie. W Maroku gdzie obecnie mieszka, spotkał też autor swoją drugą żonę Khadiję. Książka jest wzruszającą lekturą, mówi o sensie życia mimo wielu fizycznych ograniczeń, o zmaganiu z bólem, cenie przyjaźni i miłości, o tym, że radość może istnieć mimo cierpienia, że również człowiek z czterokończynowym porażeniem „tetraplegik” może mieć swoje chwile szczęścia, a jego postawa pomóc wielu chorym i zdrowym ludziom. O tym także, że trzeba uczyć się zarówno pomagać jak pomoc przyjmować. To niezwykła poetycka opowieść którą warto przeczytać.
moja recenzja ukazała się w czaspismie "Razem z Tobą"
Dzień Dziecka
Dzień Dziecka dzisiaj, to miłe rodzinne święto. Dzieciaki spodziewają się tego dnia wielu wymarzonych prezentów. Nie takich dużych jak komunijne, bo to cykliczne święto, ale już na przykład deskorolka mogłaby być, albo ta nowa Barbie, kolekcja z pieskiem albo z kucykiem. Dziewczynki uwielbiają te lale. Dzięki nim dorosłość staje się marzeniem osiągalnym. Lale są modnie ubrane, uczesane. Mają niezbędne akcesoria potrzebne w domu, ogrodzie lub na wakacjach. Ostatnio pojawiły się też niedojrzałe Monstery, te przypominają wyglądem nastolatki, mają drobne twarze, duże oczy, odrobinę za długie ręce albo nogi. Po prostu nastolatki...w pełnej krasie. Zaglądam czasem do sklepu z zabawkami i wtedy bardzo pragnę wrócić do dzieciństwa i urządzić swój kącik z ulubionymi zabawkami. Niestety do dzieciństwa się nie wraca, można je pielęgnować w sobie inaczej, duszę zachować młodą, nieskłonną do "biadoleń", żalów, utyskiwań.
Rozpoczął się czerwiec i za oknem trawy bujne. Akacje w rozkwicie, więc zapach unosi się dookoła niebiański i pszczółki lecą do miododajnych drzewek i inne owady. Kalina w ogrodzie nieopodal także cała obsypana kwieciem bujnym, kocham kaliny, to piękne krzewy ozdobne. Niestety nie wyhodowałam ich jeszcze w ogródku, mamy za to całą ścieżkę obsypaną piwoniami. Rozpoczynaja rozkwitać, ich różane kwiatowe płatki od wieków uświetniają procesję Bożego Ciała w kościele katolickim. Przynosimy je do domu naręczami i stawiamy w wazonach. Oglądam warzywnik, cudem widać go w bujnej trawie, najwięcej trawy w lubczyku, nie wiadomo dlaczego... ale obok rozrasta się cukina i patisany, nieśmiało wyrasta pietruszka i marchew. Koperek nie wiadomo dlaczego posiał się w cukinii, niech rośnie. Nasz ogródek trochę dziki jest, ale to nie szkodzi, jest dużo przyjemności z niego, można posiedzieć na trawie, można usmażyć kiełbaski albo warzywa, sąsiadkę zaprosić czasem...
Rozpoczął się czerwiec i za oknem trawy bujne. Akacje w rozkwicie, więc zapach unosi się dookoła niebiański i pszczółki lecą do miododajnych drzewek i inne owady. Kalina w ogrodzie nieopodal także cała obsypana kwieciem bujnym, kocham kaliny, to piękne krzewy ozdobne. Niestety nie wyhodowałam ich jeszcze w ogródku, mamy za to całą ścieżkę obsypaną piwoniami. Rozpoczynaja rozkwitać, ich różane kwiatowe płatki od wieków uświetniają procesję Bożego Ciała w kościele katolickim. Przynosimy je do domu naręczami i stawiamy w wazonach. Oglądam warzywnik, cudem widać go w bujnej trawie, najwięcej trawy w lubczyku, nie wiadomo dlaczego... ale obok rozrasta się cukina i patisany, nieśmiało wyrasta pietruszka i marchew. Koperek nie wiadomo dlaczego posiał się w cukinii, niech rośnie. Nasz ogródek trochę dziki jest, ale to nie szkodzi, jest dużo przyjemności z niego, można posiedzieć na trawie, można usmażyć kiełbaski albo warzywa, sąsiadkę zaprosić czasem...
niedziela, 26 maja 2013
Biografia pozytywna
Zakończył się Rok Janusza Korczaka,
który stał się dobrą okazją do zapoznania się z wybitną postacią
niezwykłego lekarza,
pedagoga, pisarza, publicysty i działacza społecznego. Jego nazwisko rodowe
brzmiało Henryk Goldszmit, był synem
warszawskiego adwokata, urodził się prawdopodobnie 22 lipca 1878 (lub 1879 r).
w Warszawie. Pseudonim Janusz Korczak powstał spontanicznie, po
prostu takie godło podał Henryk Goldszmidt przystępując w 1898 roku do konkursu
literackiego na sztukę teatralną – „Janasz
Korczak”, był to bohater jednej z powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego, błąd drukarni zmienił
Janasza w Janusza, a pseudonim wkrótce
stał się dla pisarza ważniejszy od nazwiska . Zginął opiekując się do końca powierzonymi sobie
dziećmi-sierotami 5 ( lub 6
sierpnia) 1942 r. w hitlerowskim obozie zagłady Treblince.
Wraz z nim zginęły wszystkie dzieci i wychowawcy z sierocińca
żydowskiego. Do dzisiaj nie wiadomo, czy J. Korczak i inni wychowawcy byli
świadomi, że to ich ostatnia droga, czy
wierzyli, że będą nad dziećmi mogli sprawować opiekę po przyjechaniu na
miejsce.
Janusz Korczak pozostawił po sobie wiele prac i dzieł literackich poświęconych dzieciom i ich wychowaniu. Dyskusyjny Klub Książki poleca natomiast uważne przeczytanie wydanego w Warszawie w 2012 Pamiętnika i innych pism z Getta. Jest to trudna lektura, autor relacjonuje w niej trzy miesiące w sierocińcu, gdzie jest kierownikiem, wychowawcą i lekarzem. Większość dzieci którymi się zajmuje to dzieci ciężko chore, albo dzieci ulicy. Dzisiejszego czytelnika najbardziej przeraża wszechobecna, mimo bardzo troskliwej opieki śmierć. Korczak relacjonuje – na dziewięcioro przyjętych dzieci umiera ośmioro, najczęściej są to noworodki przyjęte w stanie przedagonalnym, ale i dzieci starsze również. Sierociniec jest niedogrzany, trochę pomagają nieustanne pisma wysyłane do bogatszych przedstawicieli elity warszawskiej, pisma o wszystko, o węgiel, jedzenie, odzież. Jak pisze nauczył go dziadek, który wystawiał Szopkę na Boże Narodzenie, że natarczywa prośba zwykle skutek odnosi, jak ktoś ma w miarę zasobną kieszeń. Raz w tygodniu dzieci waży i mierzy bo miarą zdrowia jest również waga i wzrost. Doktor – wychowawca nie uchyla się również od prac prostych, bo sam wielokrotnie w nocy wynosi przepełnione wiaderka i nocniki z sypialni chorych małych dzieci. Mimo biedy dzieci się tam uśmiechają, opowiadają o swoich problemach, uczą dorosłych swojej prostej filozofii. Autor zachwyca się sposobem w jaki dzieci okazują sobie i dorosłym serce. Dzieci chodzą również do bożnicy i świętują tradycyjne żydowskie święta. Wraz z Korczakiem pracuje w sierocińcu Stefania Wilczyńska, współzałożycielka i wychowawczyni powstałego w 1913 roku Domu Sierot a także długoletnia współpracowniczka doktora Janusza Korczaka, kierownika Domu Sierot.
Doktor Korczak od młodości zafascynowany był postaciami takich pedagogów jak Johann Pestalozzi, popierał program wychowania Johna Deweya, czytał pedagogiczne pisma Lwa Tołstoja. W swoim sierocińcu szanował prawa dziecka, tworzył samorządy wychowanków. Dzieci publikowały pismo, wspólnie rozwiązywały problemy, na przykład powodu kłótni czy podziału obowiązków - jakie pojawiały się w czasie wspólnego mieszkania w sierocińcu.Większość utworów literackich i prac pedagogicznych Janusza Korczaka, poświęcona jest dzieciom, na przykład:
Dzieci ulicy, 1901
Mośki, Joski i Srule, 1910
Momenty wychowawcze, 1919
Jak kochać dziecko t. 1 i 2 1920/21
Król Maciuś Pierwszy, 1928
Prawo dziecka do szacunku, 1929
Pedagogika
żartobliwa, 1939
W
hołdzie niezwykłej postaci doktora
i
wychowawcy w Roku Janusza Korczaka
odbyło się wiele inicjatyw mówiących o prawach dziecka, a na jego zakończenie w
grudniu 2012 roku Międzynarodowy Kongres Praw Dziecka. W czasie kongresu ogłoszono tzw. Deklarację
Warszawską, która, odwołując się do spuścizny Korczaka, wzywa dorosłych do
zapewnienia każdemu dziecku życia bez przemocy
„My,
uczestnicy Międzynarodowego Kongresu Praw Dziecka, obradującego w 2012 roku w
Warszawie oraz Ci, dla których dobro dziecka oraz ochrona jego naturalnych praw
są wartościami najcenniejszymi – w roku poświęconym osobie i ideom Janusza
Korczaka – wychowawcy, lekarza, pedagoga, opiekuna sierot, rzecznika praw
dziecka w społeczeństwie – zwracamy się do rodziców, wychowawców i opiekunów,
do nauczycieli, polityków, duchownych, do wszystkich osób odpowiedzialnych za
kształt życia społecznego – z apelem o urzeczywistnianie dziedzictwa Janusza
Korczaka…”
Inną cenną inicjatywą Roku
Korczakowskiego jest Otwarta Licencja Edukacyjna, która mówi, że wszystkie
dzieła literackie i prace Janusza Korczaka zostaną w całości udostępnione w
Internecie. Decyzje taka podjął Minister
Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski. Prawa do spuścizny literackiej po Januszu
Korczaku posiada Instytut Książki który również dofinansowuje
ze środków własnych tłumaczenia
dzieł Korczaka i będzie wspierał finansowo wydanie dzieł Janusza Korczaka, a także może wydać
zgodę na ich adaptację sceniczna i filmową.
wtorek, 30 kwietnia 2013
Podatki to ciężki obowiązek
Z pola widzenia mojego miasta i mojej ulicy znikają małe sklepiki i małe zakłady przemysłowe, powód jest jeden - podatki. Ktoś prognozuje nawet, że wielka sieć marketów Carrefour również się wycofuje, że miała być rozbudowa a wszystko wskazuje na szybkie zamknięcie interesu. A oni podobno przez szereg lat byli zwolnieni z podatku. Dziwne jest to państwo, już nie ojczyzna co chroni ludzi i pozwala im się rozwijać a fiskus podatkowy. No tak, nie ma państwowych zakładów, okręgów przemysłowych, a już po 1920 roku były....prywatyzują się wszystkie instytucje, także banki, poczta, szkoły. Wszyscy zgodnie narzekają, że podatek dochodowy i odprowadzany do ZUS jest za wysoki, podobno 40 %, ale musze to sprawdzić, bo to może nie jest prawda. Chociaż jest sporo zwolnień z podatku w pierwszych latach działalności, firmy upadają a mogłoby być tak, że w pierwszych trzech latach podatki by wynosiły 5 %, w następnych 10% w zależności od dochodów firmy ( tych dochodów na czysto, po opłaceniu wydatków) pozostałoby do odprowadzenia już 15 % tam gdzie dochody przekraczałyby pewien limit, żeby jednak ci najlepiej sytuowani mogli być filarami państwa. Mnie się to bardziej podoba...Małe firmy, mniej dochodowe mają 10% podatku, duże, ale tylko wykazujące duże dochody 15% początki po okresie zwolnienia od podatków 5% Świetne lata dobrze prosperujących małych sklepików w erze Internetu minęły bezpowrotnie, jak się wydaje, a i duże markety mają problemy, chociaż korzystają z nich jeszcze bezrobotni i pracujący w niepełnym wymiarze godzin... a w soboty i niedziele rodziny...Większość ludzi teraz zamawia towar przez Internet i to się już nie zmieni. Dostawcę wybiera się niekoniecznie ze swojego miasta czy regionu czasem decyduje korzystniejsza cena, czasem lepsza reklama... Samochody dostawcze nieustannie przemierzają sieć dróg, omijając płatne autostrady... Ciekawe czy można kupić bilet miesięczny albo kwartalny na korzystanie z autostrad na przykład w całej Polsce.... żeby było opłacalnie dla kierowcy... Swoją drogą, szkoda, że rozwiązano wiele kolejowych szlaków komunikacyjnych. Te były na pewno tańsze w utrzymaniu niż autostrady... Można było towar dowieźć te dwa kilometry czy trzy, przeładować na kolej, po dowiezieniu samochód dostawczy z innego regionu odbierałby z kolei i rozwoził do klientów...Ciekawe, czy to by nie było bardziej opłacalne....
środa, 24 kwietnia 2013
Uzdrowiciele
Czy bioenergoterapeuta może uzdrowić chorego człowieka? Czy bioenergoterapia to metoda leczenia, czy klasyczne uzdrowienie dotykiem. W katolicyzmie uzdrowienie jest nieodłącznie związane z wiarą. Uzdrawiał Pan Jezus, uzdrawiali też apostołowie, żeby ogłosić zmarłego świętym nie wystarczy opinia nieskazitelnego, pełnego dobrych uczynków życia i głębokiej wiary potrzebne są jeszcze cuda uzdrowienia, a te zdarzają się zarówno za życia jak po śmierci. Czy Pan Bóg może obdarzyć każdego charyzmą uzdrowiciela, jeżeli wierzymy, że Pan Bóg może wszystko, to wielu uzdrowicieli może być również wśród ludzi mniej świętych, a nawet takich którzy ze swojego daru zrobią sobie narzędzie pracy i zaczną tak zarabiać. Niestety można się też domyślić wielu szarlatanów spośród uzdrowicieli, ludzi którzy tylko udają, że uzdrawiają wykonują odpowiednie gesty, obdarowują ziołami. Dobry zielarz wart jest skarbu, każdy to wie, wiele chorób potrafi wyleczyć za pomocą bożej apteki, jeżeli wie na jakie choroby je stosować i jak dawkować, żeby przyniosły choremu ulgę, a nawet wyleczyły. zielarstwo jest więc metodą leczenia, bioenergoterapia bardziej kojarzy się z uzdrowieniem dzięki specjalnemu darowi otrzymanemu od Boga, to tak jak jasnowidzenie, też może być charyzmatem otrzymanym od Boga, a od człowieka będzie zależało, jak go użyje. Pamiętam wydarzenie przyjazdu do miasta Olsztyna uzdrowiciela Harrisa, był rok chyba 1984, uzdrowiciel przyjmował w kościele katolickim, stał przed głównym ołtarzem, księża byli bardzo przejęci tą sytuacją i na pewno odprawili niejedną mszę w intencji wielu uzdrowień. Przy świątyni od wczesnych godzin porannych gromadzili się ludzie, niektórzy czekali już od poprzedniego dnia. Potem przez cały dzień Harris dotykał dłońmi twarzy, głowy, piersi, jednym słowem miejsca, w którym chory odczuwał ból. Ponieważ kolejka była długa natychmiast ministranci i młodzież z oazy katolickiej i studenci włączyli się w pomoc w kierowaniu kolejką, bo ludzie wiadomo, pchają się do przodu, usiłują ominąć kolejkę... Nie pamiętam, czy były zbierane dla uzdrowiciela opłaty, czy tylko dar serca. Niektórzy odchodząc mówili o dziwnym prądzie który przenikał całe ciało, a nawet o uśmierzeniu bólów, wielu nic nie odczuło jednak, czy to oznacza, że w kontakcie z uzdrowicielem obdarzonym charyzmą również nie każdy może zostać uzdrowiony, bo to Bóg decyduje, nie człowiek. Było to na pewno duże wydarzenie zarówno w życiu miasta jak każdego z chorych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
