Ryba
Nie przepadam za rybami, ale czasem mam ochotę na zakup
czegoś konkretnego i uznanego za konieczne uzupełnienie posiłku. Zakupiłam
więc rybę, okazałego dorsza, szczęśliwa
wróciłam do domu. Rozpakowałam dorsza, obejrzałam z każdej strony, zapach miał
dosyć intensywnie rybny, ale lśniące łuski przekonały mnie, że do spożycia się
nadaje. W momencie kiedy rozpoczęłam filetowanie rybki wszedł mąż. Coś ty
kupiła- zakrzyczał, śmierdzi w całym domu, wyrzuć to natychmiast.- To ryba, dorsz, wiem, że lubisz, chciałam ci
zrobić niespodziankę- Nie będę jadł
żadnej ryby, dlaczego dorsz, z morza, nie kupuje się ryby z morza.- Chwycił dorsza i włożył do zamrażarki. – Masz
babo placek, myślę, trzeba było kupić ciasto. Trudno. - Odczekałam 5 minut i wyjęłam rybkę z
zamrażarki. Obrażony mąż krzyczał jeszcze, że chcę nas wszystkich potruć, że w
samochodach nie mają zamrażarek… A ja rozmyślałam, rybka o piątej rano wyjechała
od rybaków, teraz czternasta, jesień, dzień dosyć chłodny. Wyjęłam
dorsza z zamrażarki, żadnego zapachu już nie poczułam, umyłam skropiłam
cytryną, oprószyłam mąką i wrzuciłam na patelnię. Obsmażyłam konkretnie z
każdej strony, wyjęłam chleb i zjadłam jeden kawałek, smaczny był. Ale
mężowskie gadanie zrobiło swoje, kiedy rozpoczynałam drugi kawałek, zaczął
wydawać mi się nieco słodkawy, czy dorsz może być słodki, może faktycznie
nieświeży. Trudno zjadłam drugi kawałek i resztki wyrzuciłam kotom. Nigdy nie
przepadałam za rybami. Męża nie próbowałam częstować.
Ekstremalna zjeżdżalnia
Wybraliśmy się na urlop do znanej miejscowości turystycznej.
Tam poszliśmy na termy, to teraz takie modne kąpiele lecznicze. Zachwyciły nas
tam baseny z ciepłą wodą i bąbelkami były też baseny z falą, kryte i pod gołym
niebem, oświetlone z możliwością oglądania filmów i programów telewizyjnych. Fale
nie miały barierek, i trudno było stamtąd wyjść, komuś, kto nie umie pływać. Młodzież
korzystała ze zjeżdżalni, również tych ekstremalnych, czyli dosyć
niebezpiecznych dla laika. Wybraliśmy się i my na zjeżdżalnię, ta z której
zjeżdżało się na kołach wydawała nam się niebezpieczna, poszliśmy więc wyżej w
kierunku ekstremalnej, kiedy przekroczyliśmy poziom trzeciego piętra
wystraszyłam się - nie jadę - mówię do męża- wracam- i szybko, żeby nie zdążył mnie zatrzymać zbiegłam
po schodach na dół. Z ciekawością obejrzałam wylot każdej ze zjeżdżalni, koła
wypływały łagodnie, czerwona zjeżdżalnia wyrzucała amatorów kąpieli leciutko.
Zielona za to z wielkim hałasem i wodospadem fali. Tutaj zaczekam, pomyślałam,
nie wiedziałam z której zjeżdżalni ( w ciemnej rurze ) skorzysta mąż.
Zanurzyłam nogi w brodziku. Wtedy podszedł do mnie ratownik,- niech pani stąd odejdzie - powiedział - tutaj są tylko zjeżdżający, nie wolno moczyć
nóg, niech pani sobie wyobrazi, że zjeżdżający wpada na panią, może złamać
nogę - Niemożliwe, żeby tutaj go wyrzuciło - ,
pomyślałam. Ratownik odszedł, stanęłam przy brodziku, czerwona rura wyrzucała
śmiałków bezpiecznie, z ekstremalnej zielonej wychodzili nieco przerażeni, ale
wychodzili na własnych nogach. Nagle zobaczyłam męża, wyrzuciła go zielona
rura, leżał na dnie brodziku, nie ruszał ręką ani nogą - To niemożliwe, żeby się utopił,- pomyślałam - ile czasu tam się zjeżdża, dwie minuty?, może?
- skoczyłam do brodziku, chwyciłam go za
ramiona, a może raczej za głowę, żeby wydobyć ją jak najszybciej spod wody - pomóżcie chłop mi się utopi.- wykrzyczałam do radosnych turystów spod zjeżdżalni- gdzie ratownik- nie dawałam rady postawić męża na nogi. Na
szczęście ratownik był blisko i podszedł
do nas. Udało mu się postawić męża na nogi i wyciągnąć na brzeg gdzie szybko
odzyskał przytomność. Przygoda z ekstremalną zjeżdżalnią na długo pozostanie w
naszej pamięci.