Wróciłam myślami do
czasów odległych. Był początek lat
sześćdziesiątych. Dzień na wsi rozpoczynał się wczesnym świtem. Pierwszy
wstawał tato, każdego dnia oglądał wschodzące słońce, wiele jego przebijających przez sklepienie niebieskie promieni. Ubierał
się pośpiesznie, w miednicy mył jeszcze snem odurzoną twarz. Następnie ruszał w
kierunku obory, oczyszczał stanowiska krów z łajna i siadał do porannego udoju.
Mleko spływało do metalowego wiaderka, lekko rozpryskując się na jego brzegach.
Stój spokojnie, Pyza, uspokajał krowę,
która ogonem próbowała przegonić muchy. Ogon był dosyć ciężki, nie byłoby
przyjemnie, gdyby znalazł się na twarzy. Po porannym udoju trzeba było mleko
przecedzić, wlać w dwie bańki i wystawić na ławce przy drodze, skąd zabierał je
do mleczarni kolejkowy sąsiad. Kolejną pracą gospodarza było wyprowadzenie
powiązanych krów na ogrodzone pastwisko
nad jeziorem, gdzie spędzały cały dzień.
W tym czasie budziła się również mama. Za chwilę rozlegało się w zagrodzie wesołe nawoływanie kaczek i
pisk kurczaków które spieszyły w kierunku poidełek i korytek z karmą. W
chlewiku chrumkały, również karmione
przez mamę świnki. W stajni słychać było rżenie konika, który także domagał się
od gospodarzy porcji porannego owsa. Po powrocie taty z pastwiska mama budziła
dzieci i przygotowywała śniadanie, ulubiony talerz zacierek z mlekiem dla męża
i dodatkowo kanapki z marmoladą dla dzieci, które, nie wiadomo dlaczego, nie
lubiły zacierek. Mama też zresztą nie przepadała za daniami mlecznymi, może
poza ugotowaną na gęsto, posypaną cukrem
kaszą manną. W okresie żniw cała rodzina chwilę po śniadaniu jechać miała wozem drabiniastym na dosyć odległe
pole. Dlatego tato jeszcze przed śniadaniem
brał w dłonie osełkę i wychodził na
podwórze ostrzyć kosę. Miarowe ruchy dłoni w jedną stronę, sprawdzanie ostrza,
potem pieczołowite układanie narzędzia w wozie, tak, żeby nikt się nie
skaleczył. Mama pospiesznie ubierała najmłodsze pociechy, zakładała kolorowy
fartuch i chustkę, która miała chronić przed słonecznymi promieniami, dzieciom
nakładała, zakupione na targu w pobliskim miasteczku kapelusze słomiane,
pięknie kolorowo wyplecione i rodzina ruszała na pole. Konik ciągnął wóz dosyć
raźno. Po wjechaniu na nieduży pagórek, można było podziwiać piękny krajobraz z
jeziorem, wyspą i rozciągającym się dalej pasmem wzgórz. Na polu czasem była jeszcze rosa, ale to
nikomu nie szkodziło, to był czas na oczyszczenie zboża, lub rosnących
nieopodal ziemniaków z chwastów. Uprawy musiały wyglądać ładnie, nie byle jak.
Dzieci uczyły się więc wyrywać chwasty.
Najprzyjemniej usuwało się z ziemniaków "faćkę" (komosę lub lebiodkę), dosyć
mocno trzymał się podłoża skrzyp polny a prawdziwym utrapieniem zbożowych upraw
były osty. Kiedy słońce spiło rosę z trawy i upraw tato żegnając się szerokim
krzyżem odkładał pierwszy pokos. Mama
blisko za nim wiązała snopy, które zbierali potem starszy braciszek z siostrą,
młodsze rodzeństwo szło zbierać jeżyny, lub gruszki z polnego drzewka
owocowego, bawiło się w głębokim
parowie, gdzie było sporo kamieni i piasku i czekało na prawdziwy posiłek w
polu, na który składało się często bezalkoholowe piwo własnego wyrobu ( na
zbożowym podpiwku, rodzaj miejscowego kwasu chlebowego i kanapki na słodko lub
z pasztetową, jajka gotowane na twardo a także ciasto drożdżowe i jabłka papierówki, czasem w charakterze
kompotu domowego, nie pamiętam, żeby w tamtym czasie hodowano pomidory, ale
zapewne były rzodkiewki, ogórki a nawet kalarepka). Po wykoszeniu pierwszych
pokosów, na pole mogła już wjechać kosiarka, taka jak do trawy. Wiązanie snopów
kusiło również młodsze dzieci, za aprobatą i zachętą mamy próbowały swoich sił
w wiązaniu niedużych snopków. Ale to się nie da ułożyć, ocenił tato i
następnego dnia nie zabrał już maluchów na pole, zostały w domu pod opieka najstarszej siostry. Starsze dzieci
natomiast wyjeżdżały na żniwa przez cały
okres zbiorów. Kosiarka ułatwiała pracę, ale trzeba było snopy powiązać i
poustawiać zgrabne kopki, między którymi dzieci mogły bawić się w chowanego. Żniwa trwały więc od połowy lipca do połowy
sierpnia. Ze zbóż w tamtym okresie najbardziej pamiętam żyto, jęczmień a także
owies, ponieważ konie mieli wówczas wszyscy gospodarze. Po wyschnięciu zboże
zbierało się na wóz drabiniasty i przewoziło do stodoły lub ustawiało w stogach
na polu. Podjeżdżały tam później nieduże młocarnie, głośno terkotały ich
spalinowe silniki, pasami połączone z młocarnią. Najważniejszym i najlepiej
opłacanym pracownikiem musiał być w opinii dzieci operator, ten który wkładał
snopy w głodną gardziel maszyny, przy nieostrożnym ruchu mógł tam wpaść. Na
szczęście nigdy się to nie zdarzyło. Wymłócone ziarno spływało małymi
strumyczkami do przymocowanych do maszyny worków. Z drugiej strony wylatywała
słoma i plewy, tamowały oddech , niezbyt
przyjemnie się je odgarniało. Dzieci mogły pomagać ugniatać słomę. Tam było
dosyć bezpiecznie. Złote ziarno,kłująca słoma i duszące plewy, których odgarnianie nazywało się „pracą przy piekle” – to były pierwsze wrażenia związane ze żniwami. W latach siedemdziesiątych na polach pracowały już snopowiązałki, własne gospodarzy lub wynajęte z miejscowego Kółka Rolniczego. i wszyscy starali się w porę nabyć sznur do wiązania snopów. Na polach rosło więcej pszenicy, pojawiło się także pszenżyto. Zboże tak samo trzeba było zebrać, zwieźć wozem drabiniastym, najczęściej już wówczas ciągnikiem i wymłócić. Do tego dochodziły gorące dni lata, kiedy kusiło pobliskie jezioro. Tam kąpać się dzieci chodziły same lub z dorosłymi wieczorem, a dorastająca młodzież biegła także w południe, w czasie przerwy obiadowej ochłodzić się wodą. Należało tylko wrócić w ciągu dwóch godzin, żeby nie narazić się na zdenerwowanie rodziców, gwarantowane przy niepewnej pogodzie.- Chmury burzowe się zbliżają, trzeba szybko jechać po zboże, a starsze nad wodą.- Gniew taty, który, zmęczony nie tęsknił za kąpielą a raczej układał się w południe w cieniu starych jabłoni i ciemna nadbiegająca nie wiadomo skąd chmura deszczowa, pospieszne nakładanie snopów na wóz, prędki powrót do domu, potem błyskawice, szybka letnia burza i oczekiwanie przez kilka dni, aż snopy wyschną. Prawdziwym dniem wypoczynku była wówczas niedziela, z porannym wyjściem do kościoła na Mszę świętą. Na polnej drodze pojawiały się wtedy bryczki, furmanki, rowery, odświętne garnitury, kolorowe sukienki. Tylko czasami w czasie długotrwałej niepogody miejscowy ksiądz proboszcz ogłaszał dyspensę i niektórzy gospodarze wyjeżdżali po zbiory. Po południu odbywały się spotkania rodzinne, plażowanie nad wodą lub wypoczynek w cieniu domowych sadów. W dzieciństwie chodziliśmy też kąpać się w pobliskim strumyku, gdzie woda była czysta, niezbyt głęboka. Wynosiliśmy tam wannę, ale przechylała się na wodzie i trzeba było umieć nią sterować , żeby przepłynąć kilka lub kilkanaście metrów, strumyk był gęsto obrośnięty krzewami i roślinami, pokrzywami, czarnym bzem. Idąc z nurtem dochodziło się do mostu. Przepływały pod nim radośnie stadka kaczek, czasem próbowały przejść dzieciaki, mimo, ze wody tam było jakby nieco więcej.
W latach dziewięćdziesiątych już nie było snopowiązałek, na pole wjeżdżał ogromny kombajn zbożowy, który prowadził też przyczepy na które spływało ziarno. Nie było już rodzinnych wyjazdów do żniw. Operator kombajnu w ciągu jednego lub kilku dni - w zależności od wielkości areału zasiewów zbierał ziarno, które później wjeżdżało do silosu zbożowego, lub było składowane w spichlerzach. Oprócz zboża widać było całe areały ziemi na których rosła kukurydza lub tytoń. W domach rolników było więcej czasu na przygotowywanie przetworów owocowych, sałatek i surówek a także młodsi spędzali upalne dni na wspólnym z sąsiadami plażowaniu. Wieczorem wszyscy oglądali telewizję, lub słuchali muzyki. Powszechny dostęp do Internetu datuje się już na rok 2000. Następowała też począwszy od lat dziewięćdziesiątych szybka prywatyzacja Kółek Rolniczych i Gminnych baz maszynowych, co wiązało się z możliwością zakupu ziemi przez rolników. Powstało w tym czasie sporo dobrze zmechanizowanych dużych gospodarstw rolnych, natomiast małe i średnie zaczęły być nieopłacalne.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz