Czekamy na Święta Bożego Narodzenia
- czujemy, to miłość przychodzi
i ziemię opromienia.
Może ustaną między krajami
waśnie i okrutne wojny,
betlejemska gwiazda
- czujemy, to miłość przychodzi
i ziemię opromienia.
Może ustaną między krajami
waśnie i okrutne wojny,
betlejemska gwiazda
także w rodzinach
czas przyniesie spokojny.
Z opłatkiem w ręku siądziemy do Wigilii,
czas przyniesie spokojny.
Z opłatkiem w ręku siądziemy do Wigilii,
dobrych myśli i słów nie zabraknie
w takiej pięknej chwili.
Mocą łaski słowa zapłoną jak lampka wieczna
i miłość prawdziwa przywróci odwieczny ład.
Wigilie z jabłkami i
orzechami ( 24 grudnia każdego roku w każdym katolickim domu)
Wigilie mojego dzieciństwa, jakie były? Wracam myślą do
tamtych czasów. Trudnych dla rodziców, dla nas dzieci z małymi codziennymi
radościami, bez większych potrzeb, a nawet bez wiedzy jakie te potrzeby mogłyby
być. Wyjazd po świerk, to była męska
sprawa, jechał tato sankami zapewne, zaprzęgniętymi w konika do lasku, gdzie
miał już z sąsiadem umówione drzewko na Wigilię, albo trochę dalej do
własnego niedużego lasu, gdzie rosły sosny, świerki i brzozy. Mama piekła
kruche ciasteczka, pewnie dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia , żeby
zdążyły skruszeć. Pomagaliśmy je mamie wykrawać foremkami w kształcie
serduszka, aniołka, drzewka, robiliśmy też przy pomocy szklanki kółka i
półksiężyce. Później smarowało się je
rozmąconym jajkiem i posypywało cukrem.
Mama pozwalała też, żebyśmy wówczas upiekli ciastka , według wymyślonego przez siebie
kształtu, co wcale nie było takie proste, śliczna lalka po upieczeniu nie
zawsze wyglądała tak ładnie jak dziecko chciało. Drzewko ubieraliśmy w Wigilię,
wczesnym rankiem, były bombki, niektóre bardzo stare, odziedziczone po
babci, bałwanki, buciki, mikołaj w
koszyczku, biała gąska, być może z
większego zestawu, łańcuchy, wówczas sobie robione z papieru kolorowego, albo
ze słomy , do tego specjalne na Boże Narodzenie wyrabiane przez fabryki
słodyczy cukierki owocowe, ale w
kolorowych, błyszczących papierkach i
podłużne świąteczne lizaki. Świeczki
woskowe, trzeba było każdorazowo
zapalać. Tak było we wczesnych latach
sześćdziesiątych. Choinka stała na podłodze i sięgała do sufitu. Im wyższa była
choinka tym bardziej cieszyły się dzieci. Wieczorem szukaliśmy na niebie
pierwszej gwiazdy, kiedy się pojawiała siadaliśmy do stołu. Wigilijny nastrój
podkreślało świąteczne ubranie, biały obrus, z siankiem pod spodem, opłatek na
białym talerzu, żłobek pod choinką. Potrawy na stole były oczywiście bezmięsne,
postne. Zupa mleczna i kompot z owoców,
śledź w śmietanie, ryba smażona, ziemniaki, chleb, ciastka i sernik lub
makowiec. Do tego mogły być jeszcze
serniczki, smażone na patelni. Nie
pamiętam, czy mama robiła pierogi, na pewno robiła serniczki , czasem też sałatkę
z warzywami i śledziem. Przed posiłkiem
dzieliliśmy się opłatkiem, z rąk taty wędrował do mamy i dzieci. Wszyscy
składali sobie życzenia – rodzice życzyli sobie więc grzecznych i pobożnych
dzieci, a dzieci życzyły im w zamian zdrowia…
i zawsze była modlitwa – którą
rozpoczynało jedno z rodziców „Boże pobłogosław nas i te dary, której w
Twojej obecności spożywać będziemy. Daj
nam czystym sercem powitać Dzieciątko Jezus” .
Po kolacji śpiewaliśmy kolędy, „W żłobie leży, któż pobieżny,
kolędować małemu Jezusowi… „ ; „Lulajże
Jezuniu” ; „Anioł pasterzom mówił, Chrystus nam się narodził, w Betlejem”… , i
wiele innych. W tle nie grało
radio i nie przemieszczaliśmy się po pokoju w blasku płynącym z ekranu telewizora. Śpiewu kolęd nauczyłam się od
rodziców. W naszym gronie nie było
dziadków, poumierali pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych zatem znaliśmy jedynie miłość i troskę rodziców. Po
pierwszej Komunii Świętej chodziliśmy też na Pasterkę, odbywała się wówczas
zawsze o 12 w nocy. Droga do Świątyni ( nieco powyżej dwóch kilometrów), zwykle
była pokryta śniegiem, czasem było bardzo ślisko. W blasku księżyca i
latarek lśniły kryształki lodu na
drzewach. Kościół był odświętnie ozdobionymi wysokimi świerkami , oświetlały
wnętrze żyrandole ze świecami, które później zastąpiły elektryczne żarówki.
Prezenty przynosił Mikołaj zaraz po kolacji Wigilijnej, lub
znajdowaliśmy je pod poduszką. Były skromne, ale ładnie zawinięte w torbie papierowej, lub włożone do pudełka
kartonowego. Miałam dwie siostry i
trzech braci, więc była spora gromadka do obdzielenia. Otrzymywaliśmy w świątecznej paczce orzechy,
jabłka, cukierki owocowe, upieczone przez mamę ciastka, później także po
batonie, albo mlecznej tabliczce
czekolady, do tego jakieś rzeczy przydatne, pamiętam też książki, trzy lata z rzędu. Do zakupu dwóch – Woźniakowskiej „Czarki „ i
książki o Scytach przyznała się później starsza siostra, więc musiałam mieć już
12 lat. Raz były sanki, dla młodszego
rodzeństwa, w innym roku przypinane łyżwy dla starszego brata.
Młodsze dziecko do swojej torebki ze
słodyczami otrzymywało bąka, starsze grę np. bierki, najstarsze szalik albo skarpetki… Rzeczy potrzebne, które mogły służyć wiele
lat i jakieś drobne osobiste zabawki, trochę słodyczy, dużo radości. Niezapomniana aura katolickich Świąt Bożego Narodzenia.
(Wspomnienie Heleny)
Helena Murawska Lenckowska

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz