środa, 4 grudnia 2019

Grudniowe wspomnienia - w aurze dziecięcych lat


Czekamy na Święta Bożego Narodzenia
- czujemy, to miłość przychodzi
i ziemię opromienia.
Może ustaną między krajami
waśnie i okrutne  wojny,
betlejemska gwiazda
także w rodzinach
czas przyniesie spokojny.
Z opłatkiem w ręku siądziemy do Wigilii, 
dobrych myśli i słów nie zabraknie 
w takiej pięknej chwili.
Mocą łaski  słowa zapłoną jak lampka wieczna
i miłość prawdziwa przywróci odwieczny ład.




Wigilie z jabłkami  i orzechami ( 24 grudnia każdego roku w każdym katolickim domu)


Wigilie mojego dzieciństwa, jakie były? Wracam myślą do tamtych czasów. Trudnych dla rodziców, dla nas dzieci z małymi codziennymi radościami, bez większych potrzeb, a nawet bez wiedzy jakie te potrzeby mogłyby być.  Wyjazd po świerk, to była męska sprawa, jechał tato sankami zapewne, zaprzęgniętymi w konika do  lasku, gdzie  miał już z sąsiadem umówione drzewko na Wigilię, albo trochę dalej do własnego niedużego lasu, gdzie rosły sosny, świerki i brzozy. Mama piekła kruche ciasteczka, pewnie dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia , żeby zdążyły skruszeć. Pomagaliśmy je mamie wykrawać foremkami w kształcie serduszka, aniołka, drzewka, robiliśmy też przy pomocy szklanki kółka i półksiężyce.  Później smarowało się je rozmąconym jajkiem i posypywało cukrem.  Mama pozwalała też, żebyśmy wówczas upiekli  ciastka , według wymyślonego przez siebie kształtu, co wcale nie było takie proste, śliczna lalka po upieczeniu nie zawsze wyglądała tak ładnie jak dziecko chciało. Drzewko ubieraliśmy w Wigilię, wczesnym rankiem, były bombki, niektóre bardzo stare, odziedziczone po babci,  bałwanki, buciki, mikołaj w koszyczku,  biała gąska, być może z większego zestawu, łańcuchy, wówczas sobie robione z papieru kolorowego, albo ze słomy , do tego specjalne na Boże Narodzenie wyrabiane przez fabryki słodyczy cukierki  owocowe, ale w kolorowych, błyszczących  papierkach i podłużne świąteczne lizaki.  Świeczki woskowe,  trzeba było każdorazowo zapalać.  Tak było we wczesnych latach sześćdziesiątych. Choinka stała na podłodze i sięgała do sufitu. Im wyższa była choinka tym bardziej cieszyły się dzieci. Wieczorem szukaliśmy na niebie pierwszej gwiazdy, kiedy się pojawiała siadaliśmy do stołu. Wigilijny nastrój podkreślało świąteczne ubranie, biały obrus, z siankiem pod spodem, opłatek na białym talerzu, żłobek pod choinką. Potrawy na stole były oczywiście bezmięsne, postne.  Zupa mleczna i kompot z owoców, śledź w śmietanie, ryba smażona, ziemniaki, chleb, ciastka i sernik lub makowiec.  Do tego mogły być jeszcze serniczki, smażone na patelni.  Nie pamiętam, czy mama robiła pierogi, na pewno robiła serniczki , czasem też sałatkę z warzywami i śledziem.  Przed posiłkiem dzieliliśmy się opłatkiem, z rąk taty wędrował do mamy i dzieci. Wszyscy składali sobie życzenia – rodzice życzyli sobie więc grzecznych i pobożnych dzieci, a dzieci życzyły im w zamian zdrowia…  i zawsze była modlitwa – którą  rozpoczynało jedno z rodziców „Boże pobłogosław nas i te dary, której w Twojej  obecności spożywać będziemy. Daj nam czystym sercem powitać Dzieciątko Jezus” .  Po kolacji śpiewaliśmy kolędy, „W żłobie leży, któż pobieżny, kolędować  małemu Jezusowi… „ ; „Lulajże Jezuniu” ; „Anioł pasterzom mówił, Chrystus nam się narodził, w Betlejem”…  , i  wiele innych.  W tle nie grało radio i nie przemieszczaliśmy się po pokoju w blasku płynącym z ekranu  telewizora. Śpiewu kolęd nauczyłam się od rodziców. W naszym gronie nie było  dziadków, poumierali pod koniec lat czterdziestych i  na początku pięćdziesiątych zatem  znaliśmy jedynie miłość i troskę rodziców. Po pierwszej Komunii Świętej chodziliśmy też na Pasterkę, odbywała się wówczas zawsze o 12 w nocy. Droga do Świątyni ( nieco powyżej dwóch kilometrów), zwykle była pokryta śniegiem, czasem było bardzo ślisko. W blasku księżyca i latarek  lśniły kryształki lodu na drzewach. Kościół był odświętnie ozdobionymi wysokimi świerkami , oświetlały wnętrze żyrandole ze świecami, które później zastąpiły elektryczne żarówki.
Prezenty przynosił Mikołaj zaraz po kolacji Wigilijnej, lub znajdowaliśmy je pod poduszką.  Były  skromne, ale ładnie zawinięte  w torbie papierowej, lub włożone do pudełka kartonowego.   Miałam dwie siostry i trzech braci, więc była spora gromadka do obdzielenia.  Otrzymywaliśmy w świątecznej paczce orzechy, jabłka, cukierki owocowe, upieczone przez mamę ciastka, później także po batonie,  albo mlecznej tabliczce czekolady, do tego jakieś rzeczy przydatne,  pamiętam też książki, trzy lata z rzędu.  Do zakupu dwóch – Woźniakowskiej „Czarki „ i książki o Scytach przyznała się później starsza siostra, więc musiałam mieć już 12 lat. Raz  były sanki, dla młodszego rodzeństwa,  w  innym  roku przypinane łyżwy dla starszego brata. Młodsze dziecko  do swojej torebki ze słodyczami otrzymywało bąka, starsze grę np. bierki,  najstarsze szalik albo skarpetki…   Rzeczy potrzebne, które mogły służyć wiele lat i jakieś drobne osobiste zabawki, trochę słodyczy, dużo radości.  Niezapomniana aura katolickich  Świąt Bożego Narodzenia.
(Wspomnienie Heleny)

Helena Murawska Lenckowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz